Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Analfabeta

Mamo, jeżeli kupisz mi miecz samurajski, to będę przecinał komary i muchy w locie”, oznajmił mi mój syn. – Wolałabym, abyś w lot nauczył się alfabetu...

Kuba raz jeden w sklepie oferującym azjatyckie skarby i jedzenie przyuważył miecz samurajski i od tego czasu męczy nas w tej sprawie. Obiecaliśmy, że jak będzie duży, polecimy do Japonii i tam się takowy miecz skombinuje dla niego. Ale on męczy nadal. Przecież nie zna nawet ciężkiego samurajskiego losu. Okrzyków z filmów Kurosawy. Zawód samuraj jest jakoś nisko na mojej liście przyjemnych zawodów. Nie dość, że nie przepadam za dorosłymi mężczyznami z długimi włosami, to jeszcze podejrzewam, że podczas ćwiczeń z mieczem mogłyby ucierpieć moje lampy.

Jednak przekierowywanie uwagi syna na naukę alfabetu pozostaje bezowocne. Źle znoszę fakt, że mój syn i miliony jego rówieśników go nie znają. Czy to nie jest niedopatrzenie ewolucyjne, które za jedyne trzy miliony lat zostanie jakoś wyeliminowane? Po co mam czekać tak długo, by móc wymieniać się z synem lekturami (wiersze Gałczyńskiego dla dzieci są wyborne, ale taki np. Gabriel Chesterton ma lepsze wyczucie czarnego humoru). Dlaczego już dziś nie mogę zostawić Kubie kartki: „Kup kurczaka i oliwki”.

Nauka alfabetu idzie nam jak po grudzie. Ta gruda to taka z tych większych grud. Nauka czytania ma być przemycana w formie zabawy, wiadomo. To samo ze sportem. Też trzeba „przemycać w formie zabawy”. Do dziś pamiętam czas, w którym mam niewiele ponad metr wzrostu, a trener szczerzy kły i udaje, że rzucanie i turlanie piłkami to nie żaden trening tenisa, tylko zabawa po pachy. Sęk w tym, że trener nigdy nie musiał mnie oszukiwać i przemycać sportu. Wizja przypierniczenia w piłkę z całej siły, a najlepiej jeszcze zmiecenia przeciwnika z kortu nader do mnie przemawiała. Tymczasem Kuba jak mu proponuję zabawę w literki albo fikołki na macie, to zatyka uszy i krzyczy, że on nie chce, bo on chce się „tylko bawić”. – Przecież zabawa w literki jest super, i fikołki, i gra w piłkę też – mówię. „Nie, to nie jest żadna zabawa, odpowiada Kuba. Zabawa to jest w miecz świetlny albo w chowanego.” Tu następuje moje ziewanie.

Tata Kuby nie ułatwia mi „zabawy” w literki. „Daj spokój, nauczą go w szkole”. Jak to nauczą go w szkole? To dopiero za dwa lata. Wyobrażasz sobie jeszcze dwa lata życia w jednym mieszkaniu z analfabetą?! Przez dwa lata można przeczytać około 60 książek, można grać w gry, wymieniać mejle z kolegami z grupy smerfów i słoneczek. Niech psychologowie wciskają nam co chcą o życiu płodowym. Dla mnie życie zaczęło się od słowa. Przeczytanego słowa. Mój ojciec też nie pomaga mi z Kubą. Jako dziadek-mędrzec twierdzi, że „nie pamięta, żeby mnie uczył literek”, bo od zawsze lubiłam czytać. Cyferek też mnie nie uczył i efekt jest taki, że najprostsze działania robię z kalkulatorem, a wyniki giełdowe analizuję z prędkością żółwia. Babcia Kubusia tonuje moją histerię. „Przecież dziecko ma jeszcze czas”. Po chwili dodaje jednak: „W sumie to ja umiałam czytać, jak poszłam do szkoły”.

Najbardziej przeraża mnie myśl, że Kuba w szkole też będzie zatykał uszy. Podobno ludzie martwią się, by dzieci nie odziedziczyły ich wad. Wiadomo. Ale może być gorzej... Mój syn prócz moich wad może mieć wiele dodatkowych. Może być ignorantem literackim i ofermą, która na lekcjach wuefu boi się skoczyć przez kozła. Muszę pomyśleć o powrocie do pisma obrazkowego.


Tekst: Agata Passent/Syndykat Autorów.
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?