Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Błędy rodzicielskie


Gdy nasz syn skończył rok i w urodzinowy sernik wbiliśmy triumfalnie pierwszą świeczkę (błyskały flesze, dziadek nerwowo pilnował obrusa, któremu groziła zagłada), przyszedł czas na podsumowanie. Co możemy zaliczyć do rodzinnych sukcesów, a co należałoby poprawić? Jakie błędy popełniliśmy – zastanawiałam się, patrząc, jak raczkujący Kubuś naciera na półkę z książkami i puchnąc z dumy, rwie obwolutę opowiadań Jerzego Pilcha. Pilch został podarty na strzępy oraz obmacany dłońmi umorusanymi w serniku. Znając tegoż autora, na pewno byłby zadowolony z tak sensualnego podejścia do jego prozy. Roczny człowiek to już w zasadzie osobny byt, rodzic może w końcu stwierdzić, jakim typem okazał się potomek.

Jako rodzice do sukcesów niewątpliwie możemy zaliczyć to, że Kubuś jest zdrowy, nie złamałam mu ręki, ubierając go w body liczące dziesiątki zatrzasków. Nie wyrwałam włosów, wciągając mu bluzkę przez głowę (dlaczego szyją te otwory takie małe?). Nie wlaliśmy do wanny zbyt gorącej wody i nie ugotowaliśmy go na raka. To już coś, bo jako początkujący rodzice spodziewaliśmy się najgorszego. Kolejnym sukcesem jest niewątpliwie to, że Kubuś jest z nami – obawiałam się, że podczas któregoś wyjścia na miasto zapomnę go w sklepie i opuszczę podziemny garaż z pustym fotelikiem samochodowym.

Ale co z psychologią? Kubuś wyrósł na ekstrawertyka – człowieka wesołego, wysportowanego, muzykalnego i towarzyskiego. To dobrze i źle. Taktyka naszej aktywności ruchowej i towarzyskiej zaowocowała tym, że Kuba lubi kawiarnie, restauracje, bary mleczne i jada w zasadzie wszystko. Co więcej – okazało się, że woli jadać na mieście niż w domu! Niestety, wychowaliśmy go na bywalca i playboya. Nawet wykwintny posiłek zaproponowany w domu smakuje mu mniej niż byle kasza gryczana na mieście. Doszło do tego, że domowe jedzenie bierzemy do parku i ta sama zupa w formie piknikowej na trawie zostaje spałaszowana bez protestu.

Nie jest na szczęście strachliwym dzieckiem, które boi się ludzi – w zamian stał się lwem salonowym. Podrywa kobiety
w każdym wieku, a szczególnie napastuje nieznane dziewczynki w parku i kelnerki. W kawiarni nie jest w stanie usiedzieć trzech minut w wózku bądź krzesełku. Natychmiast sunie w stronę obsługi, domagając się koktajli owocowych, drożdżówek lub sałaty greckiej. Przez te nasze liczne wyjścia doszło do tego, że młody człowiek odmawia siedzenia w domu i mówiąc „brum, brum”, wskazuje na wózek. Nie wiem, czy da się jeszcze te błędy wychowawcze naprawić i przekonać Kubę, że życie introwertycznego domatora ma równie wiele zalet co szampańska zabawa na mieście...

Felieton Agaty Passent
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?