Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Dominikę Kulczyk pytamy o adopcję dzieci z Afryki i inne trudne tematy

| 21.08.2014, aktualizacja: 21.08.2014 | 0

Dominika Kulczyk jest znaną bizneswoman i spełnioną mamą. To jej nie wystarcza. Od 10 lat zajmuje się pomaganiem potrzebującym, głównie dzieciom. Co właściwie zrobiła i jakie ma plany?

separator
Wyślij e-mailem
separator
Oceń :
(1)
Dominika Kulczyk z dziećmi
fot. Akpa
Spotkać się z Dominiką Kulczyk na wywiad nie jest łatwo. Praca w Kulczyk Foundation i w polskim oddziale Green Cross International – trzeciej największej na świecie pozarządowej organizacji ekologicznej – pochłania Dominikę bez reszty. Idąc na to spotkanie, spodziewam się rozmowy ze stanowczą bizneswoman. Kiedy przekraczam próg jej biura, wiem już, że mam do czynienia również z kobietą pełną pasji, całym sercem zaangażowaną w działalność charytatywną. Ściany gabinetu Dominiki zdobią zdjęcia z dziećmi, zrobione podczas nagrań jej autorskiego programu „Efekt Domina”.

Pamiętasz, kiedy pierwszy raz uświadomiłaś sobie, że chcesz pomagać ludziom?

– Zawsze lubiłam pomagać i zawsze marzyłam, by zostać korespondentem wojennym, co spędzało sen z powiek mamie i tacie. Od dziecka uwielbiałam podróże, chciałam powiązać te dwie pasje. Uczyłam się języków obcych, czytałam literaturę faktu. Rodzicom udało się na jakiś czas wyperswadować mi ten pomysł, ale… jestem uparta i lubię się porywać na rzeczy, które są wyzwaniem.

I tak było z twoim programem?

– Dwa lata temu zdecydowałam się na pracę w firmie Kulczyk Investments, należącej do mojego taty, a w zeszłym roku założyłam Kulczyk Foundation, która ma pomagać rzetelnym fundacjom na całym świecie budować domy, mosty, szkoły, a ludziom uczestniczyć w wolontariacie. Pomysł na „Efekt Domina” jest wypadkową wielu lat mojej pracy w filantropii i chęci zrobienia reportaży. Początkowo, gdy dzieliłam się tym pomysłem, ludzie byli zaskoczeni. Na szczęście większość mi kibicowała.

Nie wszyscy wierzyli, że ci się uda?

– Tak, bo wielu ludziom kojarzyłam się głównie ze światem biznesu i salonów. Ale prawdziwą Dominiką Kulczyk jestem też w programie „Efekt Domina”, bez wieczorowego makijażu, za to w wygodnych bojówkach i T-shircie, w towarzystwie wolontariuszy, pracowników społecznych, ludzi, których misją jest pomaganie.

Nie bałaś się, że z nazwiskiem Kulczyk będziesz dla widzów mało wiarygodna?

– Spotkałam się z opiniami, że dziewczynie pochodzącej ze znanej biznesowej rodziny niewielu uwierzy. To są dramatyczne historie z niełatwej rzeczywistości. Bałam się zarzutów, że kreuję się na kogoś, kim nie jestem. Ale prawda zawsze się broni. Jestem szczęśliwa, że spotkałam wszystkich tych ludzi, i bardzo dumna z mojej ekipy, bo uważam, że udało nam się zrobić wiele dobrego. Wierzę, że ruszyliśmy razem pierwszą kostkę domina. Zależy mi na tym, aby zmieniać świadomość i pokazywać, że każdy może pomagać.

Pamiętasz swoją pierwszą misję?

– To było 10 lat temu, gdy pojechałam na filantropijną wyprawę do Ugandy. Tam poznałam Felicity, dziewczynę, która zaprosiła mnie do programu Rockefeller Foundation. Wtedy jeszcze nie mogłam poświęcić się wyjazdom, bo za chwilę miał przyjść na świat mój syn – Jeremi. Ale dziewięć miesięcy po porodzie byłam już na misji, ponownie w Ugandzie. Wtedy po raz pierwszy z bliska zobaczyłam tak porażającą biedę.

Dlaczego masz łzy w oczach?

– Ponieważ z tą wyprawą wiąże się jedno z najtrudniejszych wspomnień w moim życiu. Pamiętam, jak pojechaliśmy do ośrodka, którego celem była pomoc młodym dziewczynom zakażonym wirusem HIV. Wówczas byłam przekonana, że matki, które są nosicielkami wirusa, rodzą chore dzieci. Okazało się, że nie musi tak być. W 90 proc. przypadków maluchy przychodzą na świat zdrowe. Zarażają się HIV podczas karmienia piersią. Jako matka nie wyobrażałam sobie, by stanąć przed dylematem, czy karmić dziecko i zarazić je nieuleczalnym wirusem, czy pozwolić mu umrzeć z głodu, bo brakuje odpowiedniej mieszanki mleka modyfikowanego. Emocje wzięły górę – nie wytrzymałam i popłakałam się jak bóbr. Później uświadomiłam sobie, że przy tych dziewczynach nie wolno mi płakać. Muszę być twarda, bo one nie oczekują ode mnie litości, lecz wsparcia.

Czy po tylu wyprawach zdarza ci się jeszcze płakać?

– Jesteśmy umówieni na konkretny projekt i mamy tylko siedem dni na jego wykonanie. Muszę odłożyć swoje emocje na bok, traktować sprawy zadaniowo. Nie jest łatwo patrzeć na cierpienie innych, zwłaszcza dzieci, ale świadomość, że uczestniczymy w czymś ważnym, pomaga. Jeśli zdarzają się łzy, wylewam je w poduszkę.

Czy jako mama zrobiłaś się bardziej wrażliwa na krzywdę najmłodszych?

– Odkąd na świecie pojawili się Jeremi i Weronika, mój poziom empatii wzrósł nieporównywalnie. Świat ma trwać dla naszych dzieci. Wiem, że jako mama muszę dołożyć swoją cegiełkę, żeby był lepszy dla tych, którzy nie mieli w życiu zbyt wiele szczęścia.

Wyjazdy na drugi koniec świata wiążą się z dłuższą nieobecnością w domu. Nie jest ci trudno rozstawać się z dziećmi?

– Kiedy Jeremi i Weronika byli mniejsi, wyjeżdżałam na misje tylko dwa razy w roku. Chciałam mieć dzieci przy sobie, czuć ich bliskość. Teraz są starsze, więcej rozumieją, poza tym wówczas opiekuje się nimi ich tata.

separator
Wyślij e-mailem
separator separator
Komentarze (0)
avatar
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?