Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Gesty i miny

Minami do tej pory interesowałam się sporadycznie. Miny zaprzątały moją duszę tylko w dwóch przypadkach. Podczas festiwalu mimów miałam okazję podziwiać na deskach teatralnych wybitnych artystów porozumiewających się ze światem bez użycia głosu. Przypadek drugi to lektura raportów wojennych o ginących saperach i cywilach trafiających na miny.

Ale dopiero gdy stałam się matką, temat min zaczął mi spędzać sen z powiek. Na moje groźne miny mój półtoraroczny syn Kubuś kompletnie nie reaguje. Gdy robię minę, która ma wyrażać komunikat: „Strzeż się”, mój syn nie reaguje na nią w ogóle, udając, że jej nie zrozumiał, bądź bezczelnie, leciutko uśmiecha się pod nosem i… ignoruje zakaz. Albo jestem niemimiczna, robię miny nieekspresyjne, komiczne zamiast tragicznych, miękkie zamiast surowych. Albo teoria głosząca, iż gesty i miny są znakomitą formą komunikacji z dziećmi, jest chybiona. Trzecia możliwość jest taka, że mój syn pochodzi z dziwnej planety, na której mieszkańcy porozumiewają się innym systemem znaków. Czwarta możliwość, której nie chcę zaakceptować, to ta, że nawet dla półtorarocznego berbecia nie jestem dość ważnym autorytetem.

Na pewno znają Państwo teorię, jak to matka i niemowlę znakomicie porozumiewają się za pomocą min i gestów na długo, zanim dziecko nauczy się posługiwać językiem. Psychologowie od lat są zgodni, iż niemowlęta są inteligentne i jeśli jakiś wyraz mimiczny pojawia się na twarzy rodzica po określonym zachowaniu dziecka, niemowlę uzna to za związek przyczynowo-skutkowy. Psychiatra Bertrand Cramer uznał, iż niemowlę jest tak wrażliwe na komunikaty płynące od matki, że te wzajemne kontakty są „w rzeczywistości nieprzerwaną rozmową”. A stwierdzenie Donalda Winnicotta: „Samo niemowlę nie istnieje” – przeszło już do historii. Ewidentnie wyżej wymienieni panowie nie pogadaliby sobie z Kubusiem. Oto nasze przykładowe „rozmowy” na miny, gesty i słowa:
– Kubusiu, nie wolno szarpać i kiwać lampą stojącą (ton stanowczy, mina groźna, zmarszczone czoło, postawa pochylonego tyrana, grożenie palcem ą la premier Rakowski protestującym robotnikom).
– Ampa, ampa, świako, świako (czyli po polsku: lampa, lampa, światło, światło) – rzecze na to Kubuś nadal dzierżący lampę niczym halabardę. Patrząc mi prosto w twarz (!!), dalej szarpie lampą i zaczyna przypominać wieszającą się na drążku tancerkę w stripbarze.
– Zostaw to, nie wolno, zaraz zwalisz tę lampę, pokaleczysz się i zepsujesz mi przedmiot, na który wydałam jedną trzecią pensji! (podniesiony głos, groźna mina, rękoczyny, próbuję odczepić dłoń syna od lampy).
– Łeeee (teatralna rozpacz, łzy do pasa).

Hasło: „Nicea albo śmierć” Kubuś interpretuje po swojemu: „Lampa albo śmierć”. Moje miny, wrzask i zalecana przez ekspertów konsekwencja (o nieszarpaniu lampą mówiłam już pięćset razy co najmniej) nic nie dają. Gdy udaję, że nie widzę manewrów z lampą, syn wcale od nich nie odstępuje, szaleje do woli.
Nie chodzi wszak o lampę, Kubuś dobrze o tym wie. Chodzi o to, że dziecko natychmiast znajdzie słaby punkt opiekuna i będzie go wykorzystywać. Nie mam talentu do groźnych min, brak mi asertywności, w życiu unikam podnoszenia głosu i na podłożu mojej miękkości kwitnie nieokiełznana asertywność syna. Dialog z dzieckiem nie zawsze bywa rozmową, często to dwa odrębne monologi.


Tekst: Agata Passent/Syndykat Autorów
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?