Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Jak pracować i wychować dziecko bez niani

| 17.06.2016, aktualizacja: 17.06.2016 | 0

A także bez pomocy dziadków, rodzeństwa, wyłącznie własnymi siłami mamy i taty. Da się? Oczywiście, że się da, nawet pracując na pełen etat w mieście stołecznym. Nie pytajcie, jak ona to robi, bo można nie ponosić kosztów finansowych, ale koszty fizyczne być muszą. I to duże.

separator
Wyślij e-mailem
separator
Oceń :
(1)
rodzina z wózkiem
fot. fotolia.com

Ona, czyli ja, ale to już pewnie wiecie. Mam dwójkę dzieci, z czego starsze nie skończyło jeszcze 7 lat. Młodsze jest całkiem małe, gdzieś w okolicach buntu dwulatka. Moimi dziećmi ani przez jedną minutkę nie zajmowała się niania. Nigdy. Nie chwalę się, ale w sumie to jest powód do dumy. W końcu to nie byle co – mieć dzieci, znaleźć pracę i ją utrzymać, nie angażując w to osób trzecich. 

Jak przetrwać bez niani i pracować

Oczywiście, w stosownym momencie starsze dziecko zaczęło chodzić do przedszkola, a młodsze od 15. miesiąca życia z radością uczęszcza do punktu opiekuna dziennego. Ale opiekun dzienny zajmie się maluchem maksymalnie przez 8 godzin dziennie, czyli tyle, ile trwa dzień pracownika etatowego bez dojazdów. A gdzie korki? Gdzie zajęcia dodatkowe starszego? Choroby? Szczepienia, teatrzyki z okazji Dnia Matki itd.? Byłam na wszystkich, choć nieraz biegłam z wywieszonym językiem.   

Najpierw kategorycznie nie było nas stać na zatrudnienie niani, a potem uznaliśmy, że damy radę bez pomocy. Przez ostatnie 7 lat przerobiliśmy multum rozwiązań. Były wśród nich dobre i skrajnie beznadziejne. Zacznę od tych lepszych.

Jeden rodzic pracuje na pół etatu, drugi na pełen

To wyjście sprawdziło się najlepiej. Nie ma znaczenia, który rodzic pracuje na full, a który bierze pół etatu (chociaż serdecznie zachęcamy tatusiów). Wiadomo, że pracodawca nie zawsze chce się zgodzić na taki układ i jest mniej kasy w domowym budżecie, ale i tak warto spróbować. W tej sytuacji wszyscy wygrywają: pierwszy rodzic spokojnie pracuje i nie stresuje się, że „za 5 minut zamykają żłobek, a ja jeszcze przy biurku”, bo dziecko odebrał ten drugi rodzic. Z kolei drugi rodzic nie jest umęczony pracą i może swoje zapasy energii przeznaczyć na zajmowanie się dzieckiem, które nie sprowadzi się do odpalenia małemu bajki (zresztą, i tak nie wolno – specjaliści przestrzegają). 

Z ograniczoną ilością pieniędzy można jakoś przeżyć, tym bardziej, że to rozwiązanie tymczasowe - kiedy dziecko podrośnie, można wrócić na pełen etat. Zresztą, kiedy tak naprawdę jest tych pieniędzy wystarczająco dużo? Przy małym dziecku ważniejszy jest zapas sił i czasu niż zapas pieniędzy. 2-latek nie zauważy, że w tym roku nie pojechał z rodzicami do hotelu na Maderę, tylko na 5 dni pod namiot w Suwalskiem. To znaczy zauważy, że był z rodzicami. Gdzie – to nie ma dla niego większego znaczenia. Rodzicom też nie zrobi to większej różnicy, bo będą tak zaaferowani dzieckiem. Zresztą – może być gorzej. 

Jeden rodzic pracuje na część etatu, drugi łapie zlecenia

Teoretycznie to dobre rozwiązanie, bo rodzice (znów - teoretycznie) mają sporo czasu. W praktyce jest to umiarkowanie dobre wyjście. Jest jeden warunek, kiedy to się może udać: etat lub zlecenia są bardzo dobrze płatne. Inaczej czeka was solidne klepanie biedy i to bez gwarancji, że rodzic, który pracuje na zlecenie, będzie mógł zostać z dzieckiem w domu albo przynajmniej odebrać je z placówki przed 17. A nawet kiedy rodzic jest wzorowo zorganizowany i po wykonaniu zleceń zostaje mu dość czasu na zabawę z dzieckiem, na 100 proc.  zrzednie mu mina, kiedy się okaże, że nie stać go na gazetę, bilet jednorazowy ani nawet gumę balonową w kiosku. Bo zlecenia mają to do siebie, że są płatne nieregularnie i nie zawsze terminowo. Ale przecież może być jeszcze gorzej. 

Oboje rodzice pracują na pełen etat

To nie jest łatwe rozwiązanie, bo dziecko siedzi do późna w żłobku, przedszkolu czy szkole, a rodzice mają z tego powodu wyrzuty sumienia. W dodatku są zmęczeni i mają dla dzieci mało czasu. A gdy starsze dziecko trzeba np. dostarczyć na zajęcia dodatkowe na 16.00 albo odebrać od kolegi z drugiego końca miasta, logistyce nie ma końca. Ktoś musi się wtedy poświęcić i wyjść wcześniej z pracy, poprzekładać spotkania, dokończyć coś w domu itd. Wątpliwa przyjemność, chociaż jest jeden duży plus: czas na pracę jest w pracy, a po pracy można się już zająć własnymi sprawami. Czego nie można powiedzieć o wariancie poniżej…    

Oboje rodzice pracują na zlecenie lub dzieło i zajmują się dzieckiem

Chaos! Nie wiadomo, kto kiedy i za co jest odpowiedzialny. Gdy jeden rodzic zajmuje się dzieckiem, ten drugi musi się spieszyć ze swoimi zadaniami, żeby go zmienić i dać mu szansę na pracę. To rodzi frustrację, bo oboje rodzice chcą istnieć zawodowo i muszą sobie ten czas na pracę wyrywać. W tym wariancie rodzice zazwyczaj pracują z domu. Życzę im, żeby była to 300-metrowa willa z osobnym gabinetem, do którego dziecko nie ma wstępu. Rzeczywistość jednak częściej wygląda tak, że praca w domu oznacza rozłożenie się z komputerem i papierami na kuchennym stole, pod którym siedzi dziecko i ciągnie rodzica za nogę. To rozwiązanie dezorientuje dziecko, a między rodziców wkłada wojenny topór pt. „bo ty nie szanujesz mojej pracy”. Taki wariant można uprawiać góra 2 miesiące - potem wszyscy mają serdecznie dość. 

Czytaj też:
separator
Wyślij e-mailem
separator separator
Komentarze (0)
avatar
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?