Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Jakoś to będzie


Książki i prasa skierowane do rodziców pełne są porad, jak wychować szczęśliwe, zdrowe, zgrabne, zdolne dzieci, które następnie świetnie odnajdą się w przedszkolu, na maturze, zrobią karierę, a na końcu obdarzą nas równie zdolnymi, zgrabnymi wnukami. Jak wiadomo, wszystkie te porady są funta kłaków warte, bowiem większość raportów UNICEF-u i psychologów bije na alarm: dzieci są wiecznie niezadowolone z tego, jak świat dorosłych je traktuje. Czego byśmy nie robili, to i tak ich nie uszczęśliwimy.

Każda dekada przynosi nowe, nietrafione metody wychowawcze. Każdy jest wypaczony przez rodziców, widzi to, stara się nie popełniać tych błędów, popełnia za to inne albo nieświadomie powiela stare i tak z pokolenia na pokolenie jesteśmy tak samo niezadowoleni z rodziców. Potem, gdy sami mamy już siwe włosy, orientujemy się, że ci nasi starzy to w sumie byli o wiele ciekawsi, niż nam się zdawało, tylko że jest jakoś za późno, by poznać ich bliżej, napić się wina, pogadać o Sartrze, samotności czy rodzinnej kolekcji motyli.

Dlatego czas pogodzić się z faktem, że nie ma metody na wychowanie idealnego dziecka, i pomyśleć o sobie, drodzy rodzice. Ja na przykład postanowiłam przestać wiecznie martwić się na zapas. Od momentu narodzin syna pojawiła się u mnie cecha, której nie lubię, ale której nie mam zamiaru się poddać, a mianowicie zanik spontaniczności. Życie w wiecznym strachu (podżeganym przez wiecznie służących radą tzw. życzliwych) o dziecinę nie daje mi się wyluzować. Wrodzoną mą frywolność i niefrasobliwość przytępiają myśli typu: „A co będzie, jak na ognisku będą komary i go dziabną? A co będzie jeśli w samochodzie, w podróży nie będzie przewijaków? A co będzie, jeśli zatruje się innym jedzeniem w Turcji? A co będzie, jeśli teść nie będzie umiał się z nim bawić, tylko posadzi go w smażalni, nakarmi dorszem, a mały połknie ość i teść nie będzie umiał mu tej ości z gardła wyciągnąć, po czym nie dogada się z miejscowymi w poszukiwaniu lekarza… A co będzie, jeśli syn już w żłobku okaże się gejem? A co będzie, jak po obrzezaniu przejdzie na protestantyzm?”.

Skoro dzieci i tak zrobią to, na co mają ochotę, to czy i my nie powinniśmy pójść tym tropem? Jak się będę ciągle martwić o syna, to osiwieję, zmarnieję, wychudnę i na desce surfingowej naprawdę nie będę mogła zaprezentować się od dobrej (przedniej i tylnej) strony. „Ojej, to Pani ma zamiar pływać na desce? A dzieckiem kto się zajmie?”. Jakoś to będzie, coś się wymyśli. Więcej radości, mniej odpowiedzialności. Więcej dobrej miny, mniej poczucia winy.

Agata Passent
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?