Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Kuba w klasztorze

Dowiedziałam się od pewnego staruszka Włocha z miasteczka Montefalco, że święta Klara, patronka tamtejszego kościoła, wstąpiła do zakonu, mając sześć lat. Poświęciła się modlitwie. W chwilach zmęczenia rodzicielstwem zdarza mi się kombinować, jaki sposób jest najlepszy, by, delikatnie mówiąc, ograniczyć kontakt z potomkiem. Być może jestem w tym osamotniona – inne mamusie nie miewają tak wrednych myśli. Dlaczego decyduje się taka wredna baba na dziecko, a potem myśli, jak ograniczyć z nim kontakt… Jednak w czasach renesansu miałabym wokół siebie co najmniej kilkoro rodziców, których trapiły podobne problemy.

W żywotach artystów Giorgio Vasari opisywał liczne przypadki tatusiów, którzy najpierw dbali o edukację swych synków, a jak tylko któryś z nich wykazywał talent do rysunku, złotnictwa czy malarstwa, tatuś wnet oddawał go na nauki do starszego mistrza. Tak było w przypadku Andrei Mantegny. Ojciec zyskał więcej miejsca w domu, a syn mógł szybko się usamodzielnić, nie pasożytował na mamusinej kuchni. Mój tata też opowiadał mi, że gdy dostał pierwszą pracę jako osiemnastolatek, to musiał część swej pensji oddawać na dom rodzinny. Teraz jakoś wszystko jest na odwrót – dzieci stały się centrum uwagi i wszyscy skaczą wokół nich, sponsorując ich pomysły w nieskończoność.
Oddanie syna do klasztoru wydaje się kuszącą propozycją. Po pierwsze jest realne. Wysłanie młodzieńca na nauki do dobrej świeckiej szkoły w Szkocji, Anglii czy Ameryce nie dość, że obciążyłoby mój budżet, to napawałoby niepewnością. Czy syn da sobie intelektualnie radę? Czy nie wykończy nerwowo nauczycielki muzyki swym kompletnym brakiem słuchu? Na razie Kubuś nie rokuje na karnego obywatela. Wszelkie rozkazy i polecenia dotyczące np. sprzątania czy rysowania szlaczków zbywa milczeniem. Woli iść lepić bałwana lub na rower. Obawiam się, że z takiej szkoły mógłby zostać oddelegowany do domu.

Tymczasem klasztor zdaje się być dla energicznego chłopca miejscem wyciszającym, pełnym rygorystycznej dyscypliny i ograniczonych wyborów.
Dla dziecka z dużego miasta pełnego zanieczyszczeń oraz kuszących, demoralizujących dopalaczy i innych rozrywek klasztor zdaje się być miejscem zjednoczenia z naturą, z ptakami. Synowi poprawiłaby się cera, nauczyłby się robić konfiturę i piwo, a życie z dala od wyścigu szczurów skierowałoby go na tematy duchowe. Mimo to trudno mi sobie wyobrazić Kubusia, którego idolem jest w tej chwili Spiderman, w brązowym habicie przepasanym sznurem. Gdyby jednak jakimś cudem udało mi się go oddać do zakonu Franciszkanów, to bym chyba nie rozpaczała. Gorzej z koncepcją militarną. Kubuś w wojsku polskim? Zjawisko fali przybrałoby na sile, bo Kubuś chętnie się bije. Jako dwulatek, skarżyłam się już Państwu na to, bił łopatką inne dzieci w piaskownicy. Poza tym pomimo chęci ograniczenia kontaktu z synem wizja, że leci na wojnę do Afganistanu, wykończyłaby mnie psychicznie. W klasztorze mógłby modlić się za nasze grzechy, a na wojnie mógłby krzywdzić innych i sam zginąć. Często myślę o rodzicach żołnierzy. Czy bardziej boją się, czy bardziej cieszą, że ich syn lub córka narażają życie dla dobra ojczyzny.

Najkorzystniejszym rozwiązaniem wydaje się oddanie dziecka na nauki do mistrza. Tylko jak tu mistrza namówić na niegrzecznego Kubusia grożącego łopatką? I gdzie się ukrywają ci renesansowi mistrzowie?


Tekst: Agata Passent/Syndykat Autorów.
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?