Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Kwasy i zasady

Niektórzy w trakcie gry zmieniają jej zasady i wtedy robi się kwas. Przyzwyczajają nas do tego od lat polscy politycy, którzy najpierw obiecują obniżenie podatków, a potem je podwyższają. Kryzys demokracji przyprawia moją rodzinę o siwiznę, ale najstraszliwsze jest to, że nasz syn pasuje do tej zepsutej politycznej drużyny jak ulał. Napastnik z niego dzielny, dopóki to on zaczyna, prowadzi i wygrywa. Jeśli tylko inny gracz ma czelność zdobyć punkt, Kuba albo zmienia reguły w tak magiczny sposób, że przeciwnika punkt „nie liczy się”, albo wpada w szał. Szał ziejący grozą na miarę filmów Alfreda Hitchcocka. Nieważne, w co Kuba gra, gdyż i tak zasady tej gry zmieniają się jak w kalejdoskopie. Instrukcja gry to nie jest żelazny regulamin, tylko elastyczny zbiorek haseł naciągany według humoru Naczelnego Sędziego. Naczelny Sędzia mianuje się sam i jest nim Kuba.

Niedawno w księgarni dziecięcej spotkałam koleżankę, która kupowała dla swoich bliźniaczek grę skaczące czapeczki.
„Polecam ci dla Kuby, na pewno spędzicie kilka uroczych wieczorów”. „Dlaczego jesteś taka ironiczna?” – pytam przyjaciółkę. „Znasz Kubę, on i gry planszowe są jak Jarosław Kaczyński i Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Nie współpracują”. Gry planszowe wytwarzają u mnie w domu napięcie szybciej niż sto pomp ładunku. Coś, co ma być relaksem, staje się próbą sił.

Tata Kuby jest zwolennikiem solennego czytania instrukcji obsługi. Ja boję się ich jak tsunami, ale jednocześnie mnie do nich ciągnie. Wiem, że człowiek poważny, człowiek zorganizowany i odpowiedzialny powinien stosować się do instrukcji obsługi, lecz z drugiej strony nie rozumiem języka, którym posługują się ich autorki i autorzy. Lektura nawet najprostszej instrukcji sprawia mi problem, brutalnie odsłaniając moją tępotę. Załamana zaczynam powątpiewać, jak to się stało, że zaufali mi pracodawcy, pracownicy, że ukończyłam studia, jeśli nawet instrukcja do memo sprawia mi problem. Co więcej, nawet jeśli doczytam instrukcję danej gry do końca, to już nie pamiętam, co było na początku. Dopóki nie urodziłam syna, nie śniłam nawet o czasowniku „dokryć”. Pokryć to co innego… Świetnie sprzedającymi się szkoleniami byłyby szkolenia z dziecięcych gier dla rodziców. Przez kilka weekendów (lub w wieczory po pracy) rodzice mogliby spotykać się z nastolatkami, którzy przerobiliby z nimi memo, domino, monopoly, czapeczki, kropeczki itd.

Skaczące czapeczki kupiłam i rozegrał się przy nich horrorek. Kuba już na początku urządził bojkot czytania instrukcji, twierdząc, że on nam powie, jak się w to gra. Oczywiście jego zasady nie uwzględniały faktu, że o tym, kto pierwszy zaczyna rzucać, decyduje losowanie. Pierwszy zaczyna rzecz jasna Kuba. Jak nie, to płacz. „Synu, w gry gra się według instrukcji” – nalegał tata coraz głośniej. „Pozwól mi przeczytać instrukcję na głos”. Ja byłam rozerwana między zasadami a kompromisem. Ze skłonnością do zasad, bo w sporcie kompromisów nie znają. Przegrywanie wymaga treningu. Jak długo można synom wmawiać, że są najlepsi, gdy tymczasem jadą na końcu peletonu? Czy metoda wychowawcza promująca iluzję wielkości nie zaszkodzi dziecku?

W tej samej księgarni po kilku tygodniach spotkałam pana Konstantego z pięcioletnim synem Jasiem. Powiedziałam mu o aferze ze skaczącymi czapeczkami. „Zasady, w tym wieku? Nie, nie, nie. To dużo za wcześnie. Zasady dopiero w szkole”. I bądź tu rodzicu mądry. Przymykając oko na zasady, czyż nie wychowam sfrustrowanego polityka, który podwyższy nam podatki, wmawiając, że to właśnie dla nas dobra wiadomość...         


Tekst: Agata Passent/Syndykat Autorów.
     
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?