Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Łajzy nie chodzą w markowych ciuchach?

| 30.04.2015, aktualizacja: 04.05.2015 | 0

Ten przewrotny tytuł ma związek z pewnym spotem radiowym, który miał reklamować centrum handlowe. Stał się jednak jego antyreklamą, ale też okazją do ważnej publicznej dyskusji.

separator
Wyślij e-mailem
separator
Oceń :
(2)
Dziecko przy drzewie
fot. Fotolia
Czy dzieci, które nie chodzą w markowych ciuchach to łajzy? Czy dzieci, które nie chodzą w markowych ciuchach są gorsze? Oczywiście, że nie – odpowie każdy z nas, ale gdybyśmy zrobili rachunek sumienia pewnie przypomnielibyśmy sobie, że nie raz oceniliśmy kogoś po wyglądzie

Nie możecie wyglądać jak łajzy

W dzisiejszych czasach markowe rzeczy są wyznacznikiem statusu społecznego.
Na tym bazują też producenci ubrań i właściciele sklepów. W ostatnich dniach spore oburzenie wywołał spot reklamowy gdańskiego centrum handlowego Fashion House Outlet Centre emitowany na antenie Radia Gdańsk i Radia Plus. W spocie kobiecy głos mówi: "A co to za wchodzenie na salę bez dobrych, markowych ubrań do ćwiczeń? I po zajęciach też nie możecie wyglądać jak łajzy. Włączam stoper, a ty i ty, i ty, Nowak szorujecie na zakupy". Z dźwięków rozlegających się w spocie można domyślić się, że sytuacja ma miejsce na sali gimnastycznej (w szkole?). Na reakcję odbiorców – głównie rodziców – nie trzeba było długo czekać: "Ta reklama dyskryminuje dzieci, które nie noszą markowych ubrań". Oburzeni rodzice utworzyli na Facebooku wydarzenie "Daj czerwoną kartkę Fashion House". W oświadczeniu napisano: "To forma protestu przeciwko reklamie Fashion House, która w obcesowy sposób dyskryminuje dzieci ze względu na zasobność portfela ich rodziców". Organizatorzy protestu domagają się zaprzestania emisji tego spotu, sprawą zajmie się na pewno Komisja Etyki Reklamy. Wydarzenie polubiło już ponad 9 tys. osób. 

... w hierarchii społecznej nie jestem na samym dnie

"Stać mnie na markowe ciuchy, stać mnie na markowy sprzęt, więc w hierarchii społecznej nie jestem na samym dnie" – to przekonanie jest coraz popularniejsze nie tylko wśród nastolatków, ale również u coraz młodszych dzieci, np. przedszkolaków. Gdyby zrobić sondę wśród najmłodszych ze znajomości marek, okazałoby się, że maluchy doskonale wiedzą, co jest teraz na topie. I dotyczy to nie tylko ubrań, ale również sprzętu elektronicznego czy zabawek.

Zobacz także: Markowe ubrania dla dzieci?

"Bieda prezentom" mówimy nie?

Ostatnio rozmawiałam z koleżanką – mamą czteroletniego Stasia, który został zaproszony na przyjęcie urodzinowe. Jubilat – rówieśnik Stasia – zażyczył sobie w prezencie popularną wśród dzieci zabawkową wyrzutnię Nerf (plastikowa broń) za bagatela... prawie 150 zł. Mama Stasia miała dylemat, czy spełnić życzenie jubilata (kwota była dla niej zbyt wysoka) czy kupić coś innego, tańszego i narazić Stasia na szykany rówieśników. O tym, by syn zrezygnował z przyjęcia, nie było mowy. W końcu kupiła zamówioną zabawkę, ale wciąż miała wyrzuty sumienia, czy postąpiła słusznie. Podczas przyjęcia okazało się, że jubilat otrzymał takiej plastikowej broni jeszcze trzy sztuki, dodatkowo jakieś inne modne gadżety. Dzieci pobawiły się nimi przez 10 minut, a później zajęły się prezentem przyniesionym przez Krzysia. Prezentem, który po rozpakowaniu został rzucony w kąt. Dlaczego? Bo nie zawierał drogiej zabawki.
Mama Krzysia, samotnie wychowująca trójkę dzieci, wspólnie z synem przygotowała kapsle (z pewnością pamiętacie zabawę kapslami, których środki wypełnione były plasteliną, folią, a na ich wierzchu były umieszczone flagi państw), a także tor narysowany na bardzo dużym kartonie. Prezent był pięknie opakowany, ale początkowo – po otwarciu –  wywołał u jubilata wielkie zdziwienie (nie był to Nerf!), a u jego rodziców nieskrywaną irytację
Jednak dzieci instynktownie wyczuły, że te kapsle dostarczą im znacznie więcej radości niż zabawa w wojnę. Maluchy robiły wyścigi, który kapsel dalej się prześlizgnie, uczyły się flag państw świata i miały przy tym mnóstwo wspaniałej zabawy.
Znacznie trudniej było zaakceptować ten prezent rodzicom jubilata. W końcu wykosztowali się na to przyjęcie, a tu proszę ktoś przyniósł "bieda prezent" [cytat]. 
Ta sytuacja pokazuje dobitnie, że w ustanowieniu tej dyktatury marek – my rodzice – mamy również swój udział. To my, nadajemy im tak duże znaczenie i uczymy nasze dzieci, że w życiu bardzo ważne są pieniądze. To my, jesteśmy winni tego, że na ulicach jest mnóstwo identycznie wyglądających dzieci – te same ubrania, buty, fryzury, te same oczekiwania. 

Inicjatywy, takie jak "Daj czerwoną kartkę Fashion House", cieszą, bo świadczą o tym, że wśród nas jest wiele osób, które nie poddają się panującym na rynku trendom. Mam nadzieję, że oryginalność również zacznie być modna.

Polecamy: Gdzie są granice intymności mamy?
separator
Wyślij e-mailem
separator separator
Komentarze (0)
avatar
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?