Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Licytacja

Najgorszy jest grudzień. Media przypominają sobie, że przez cały rok nie czyniły dobra, tylko prześcigały się w żerowaniu na ludzkiej prywatności lub biły o najświeższą informację. Którą to informację następnie musiały rozszerzać, mielić, pompować, rozbijać na tabelki, wykresy, szlaczki, sondy, wywiady, analizy, aż do czasu, gdy z braku laku musiały w panice wymyślać nowe wieści. Choćby wyssane z sinego już palca. Ale cóż, dziennikarze muszą z czegoś żyć.

W grudniu nie wypada nie poświęcić kilku audycji na licytacje. Nagle każda stacja radiowa i telewizyjna sięga do naszej kieszeni, przypominając sobie o społecznikach ratujących biedne psy, dzieci, chorych. Do tego listonosz wręcza ulotkę pełną zdjęć z wysuszonymi studniami w Afryce. Baobab ledwo zipie, czekając na naszą darowiznę. Licytujący wciskają nam medale sportowców, znoszone buty, a ludzie sławni plądrują szafy w poszukiwaniu fatałaszków i bibelotów. Artyści swe mniej udane prace oddają pod młotek licytującego – czego nie kupiła od nich renomowana galeria w Kolonii, mogą teraz oddać na licytację charytatywną. Lecz mija grudzień, sprawy charytatywne posprzątane, można społeczników zepchnąć z anteny. Licytacje jednak trwają na mniejszą skalę w domach aukcyjnych czy na giełdach.

Lubię bywać na licytacjach jako obserwator. Licytujący mają często wysokie mniemanie o swym koneserstwie, mocnych nerwach bądź portfelu. Tymczasem o dobrych wynikach aukcji często decyduje osoba ją prowadząca. Pamiętam, jak uległam pewnemu starszemu panu z brodą, wytrawnemu aukcjonerowi, który z werwą i ciepłem polecał stare zniszczone meble (pewna ambasada zmieniała siedzibę, stąd wyprzedaż) i skusiłam się na mocno rozklekotany fotel. Drugie tyle pieniędzy wpakowałam w renowację tego tronu na kółkach, ale opłaciło się. Za biurkiem czuję się jak kapitan statku kosmicznego przed pulpitem sterującym. 

Grupą niestrudzonych licytatorów są rodzice. „Najgorsze jest to, że moja mała dwumiesięczna córka płacze i krzyczy, a ja nie wiem, co to jest”, wywołuje jedna mama. „Martwię się, czy jest głodna, czy coś ją boli, może ja mam za mało pokarmu i powinnam podawać butelkę?”, podbija inna. To jest najgorsze? Ha, ha, ha. Oto do przebicia tej stawki ruszają inni zebrani. „Poczekaj, aż się zaczną kolki, to dopiero będzie płakać. Nasz syn, jak miał fazę kolek, to normalnie przez trzy godziny bez przerwy potrafił wyć”, podwyższa stawkę tatuś w wymiętej marynarce. Tatusiowie są często wymięci. Nie mają czasu na prasowanie. Kombatanckie wspomnienie puentuje ponurym akcentem: „Nie wierzcie w jakiekolwiek remedium. Na kolki nie ma mocnych. Można tylko wyjść na balkon. Ja tak robiłem. Przez drzwi balkonowe widziałem, że młody wyje, ale było ciszej”. Wysoka cena tatusiostwa. Do walki włącza się milcząca dotąd matka dziesięciolatka z klasycznym wywodem: „Co wy wiecie o dużych problemach? Małe dzieci mały problem. Poczekajcie na prawdziwe stresy”. I wyjmuje z kieszeni telefon: „Widzicie mój smartfon? Syn mi go regularnie podkrada i serfuje po sieci. Widzę po wpisach, co go interesuje: kretyńskie gry, ploteczki, serwisy erotyczne, własne fotki wysyła koleżankom. Zabrałam z domu telewizor, na komputerze ma blokadę, ale telefon muszę mieć. Boję się, że w końcu zapukają do mnie panowie w kominiarkach, oddział specjalny do walki z nieletnimi hakerami. To są problemy”.

Ceny dzieł sztuki reguluje rynek.
Jednak czyż każdemu z nas nie wydaje się, że ma w domu najcenniejszy skarb, a zapewnienie mu wychowania to koszt astronomiczny? Co ten Edvard Munch wie o bólu egzystencjalnym? Gdyby wychowywał moje dziecko albo naprawdę posiedział na tatusiowym przy kolkach, to obraz „Krzyk” byłby o wiele bardziej ekspresyjny.                                     


Tekst: Agata Passent/Syndykat Autorów.
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?