Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Meteoryt

Wiem, że niektórzy rodzice chwalą sobie urządzenie zwane elektryczną niańką, ale mnie ono zniesmacza. Można nasłuchiwać, czy dziatwa nie kwili z tęsknoty za posiłkiem albo czy się nie poddusza pod misiem przytulanką, jednak urządzenie to kojarzy mi się z wieczną obserwacją rodem z więzień. Tak, mam skłonność do wyolbrzymiania. Poza tym ciągła obserwacja dziecka nie pozwoliłaby mi wyłączyć się ani na moment z roli rodzica, a takie połowiczne, rzecz jasna, zapominanie o dziecku bardzo pomaga myśleć o innych sprawach. Na przykład o muzyce. Gdy Kuba zasypia, zdarza mi się słuchać jej bardzo głośno. Ostatnio zachwyciła mnie płyta organisty Jana Bokszczanina, który na jazzowo nagrał kompozycje Krzysztofa Komedy. To muzyka medytacyjna. Szum elektrycznej niańki nie wzbogaciłby tego nagrania.

Nie podsłuchuję syna bezustannie za pomocą urządzeń. Tak, może ucieknie. Tak, może zdarzyć się wypadek. Zawsze może się takowy zdarzyć. Katastrofa nawet. Życie jest zagrożeniem, a najbardziej rodziców wykańcza ciągłe myślenie o tym, jakie zagrożenia jeszcze można sobie wyobrazić i im zapobiec. Niezapowiedziany wcześniej meteoryt mógłby spaść akurat na Kubusia. Oto niania ciągnie Kubusia na sankach po drodze z przedszkola. Policzki różowe, kombinezon grzeje, szalik powiewa, niania postękuje. Wracam z pracy do domu, lecz Kubuś nie wraca z tych sanek ranki i wieczory, niani komórka nie odpowiada. Na meteoryt nie ma mocnych, nawet nokię by rozpłaszczył.

Zwiedzałam ostatnio z Kubą rewelacyjne Muzeum Historii Naturalnej w Berlinie, a tam wyświetlają film o powstaniu wszechświata, wybuchach gwiazd, deszczu meteorytów. Meteoryty można sobie obejrzeć w gablotach. Kubuś oszalał, gdy zobaczył prawdziwą gwiazdę tej placówki, czyli szkielet brachiozaura. Długość 22 metry, wysokość 11 metrów. Podobno ważył 50 ton. Rozmiar ma znaczenie. Z takim brachiozaurem wizyty u weterynarza były niełatwą przeprawą... Museum für Naturkunde Berlin to placówka pełna szczebioczącej niemieckiej dziatwy. Po pierwszym szoku, jakie dziecko (w naszym przypadku mama też) doznaje na widok rekonstrukcji zwierząt, następuje zalew pytań. One naprawdę żyły? Dlaczego te w książeczkach są takie małe, skoro ten jest taki duży? Z kolei mnie zawsze w Berlinie dziwi, że takie małe dzieci już tak świetnie po niemiecku mówią. Ten język wciąż kojarzy mi się z militariami lub co najmniej z Goethem. Dwulatek władający językiem weimarskich klasyków zaskakuje w tym muzeum bardziej od gigantycznej rekonstrukcji brachiozaura. Skamieniałe kości tego dinozaura przytaskał z wyprawy do Tanzanii pewien niemiecki paleontolog. To musiał być nadbagaż!

W tym samym muzeum podziwiamy z Kubą odciśniętego w kamieniu… gada z piórami.
Archaeopteryx. To podobno jakieś niebywałe znalezisko, forma pośrednia, dowód na to, że ewolucja jest faktem. Kształt odciśnięty na nastrojowo oświetlonym (niczym Mona Liza) kamieniu rzekomo ma być ptakiem wielkości kruka, ale przypomina mi raczej rozdeptaną i rozciągniętą na jezdni gumę do żucia. Biedak nie żyje od milionów lat. Mamusia nie upilnowała go, elektryczna niańka nie powstrzymała katastrofy. Lecz dziś ten ptak jest gwiazdą w Muzeum Historii Naturalnej w Berlinie. Muzeum to, mieszczące się w ponadstuletnim budynku, samo jakby jest eksponatem własnej kolekcji.

Między spacerem do przedszkola, podaniem kaszki manny a kłótnią o to, że zimą trzeba nosić kalesony, wizyty w takich muzeach przypominają nam, że kaszki, rajstopy, nasze dzidziusie, mężusie i żonusie są tylko elementem jednej z wielu galaktyk. Taka perspektywa przydaje się, gdy syn łapie kolejny katar, nie chce zasnąć przed 22.00, pyskuje w przedszkolu. To nie katastrofa. To katar. A nawet jeśli katastrofa, to może wylądujemy w ładnie oświetlonej berlińskiej gablocie? Lub czyjejś pamięci?   


Tekst: Agata Passent/Syndykat Autorów.                       
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?