Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Mitologia

Jedna z teorii, którymi nie możemy dać sobie zamydlić oczu, to teoria, iż rodzic wraz z pojawieniem się na świecie bobasków, staje się znakomitym menadżerem. Szczególnie świetnie wychodzić mu zaczyna tzw. zarządzanie czasem, bo 24 godziny rodzica zostają rozciągnięte jak guma w talii hipopotama – ten sam dzień, ale mieści się więcej obowiązków. I praca, i partner, i dziecko, i autorozwój. Wmawia się (bezskutecznie) wspólnikom i pracodawcom, że rodzic w godzinach pracy jest niby bardziej efektywny, uwija się jak mrówka, by o czasie wyjść i zdążyć wykąpać potomka.
 
Poza tym rodzicielstwo wymaga umiejętności multitaskingu, czyli robienia kilku rzeczy jednocześnie. To akurat prawda.
Podobno to cenna zdolność w dzisiejszym świecie. Jedną ręką nacierasz bobasa oliwką, drugą szykujesz prezentację nowego produktu, a trzecią odpisujesz na e-maile. Nie wierzę, że takie rozproszenie jest skuteczne dla wyników firmy. Natomiast wiadomo, że służbowy laptop można wcisnąć rodzicowi do domu, aby już nigdy nie mógł wyjść z roboty. Jednak nie zamydlajmy sobie oczu. Wiele świeżych pomysłów związanych z pracą rodzi się też… po pracy. Po fajranicie biegniemy z kumpelkami posnuć się po empiku. Tam wpadnie nam w ręce nowa gra, która nas zaispiruje. Zasiedzimy się z klientem po domknięciu wieczornej transakcji i zaczniemy myśleć o nowych projektach...
 
Rodzice małych dzieci mają mniej czasu na dbanie o zdrowie. Siedzą przed biurkiem niedospani, z podkrążonymi oczami. W porze lanczu SMS-y do opiekunek, tapicierka służbowego auta pokopana dziecięcymi bucikami, a tuż przed prezentacją widać plamę z marchewkowej papki na marynarce. Wielu rodziców zamiast żyć w poczuciu ładu i harmonii, żyje z wywieszonym jęzorem.
Ciekawy mit dotyczący rodziców to to, że dojrzewają. Ja jakoś tego nie zauważyłam. Kobiety w typie dzidzia piernik nadal są dzidzią piernik, tylko dzidzia ma teraz własną dzidzię, jeszcze nie piernik. Wieczni chłopcy próbują wcisnąć dwuletniego syna do kabrioleta, a przed kolegami nadal udają, że, owszem, dziecko niby mają, ale to sprawa w dalekim tle, że właśnie zawożą je do rodziców na działkę. Wciąż jestem macho w trampkach, do tańca i wyjazdów na fajne dupeczki na Litwę. Bywa i tak, że u osobników niedojrzałych następuje jeszcze głębszy regres w dziecięctwo. Znam np. pewną trzydziestolatkę, która od dawna cierpi na ogólnie męczące chwalipięctwo. Jej taras jest największy, jej zajęcia pilatesu są najlepsze, jej mężczyzna jest najzabawniejszy. Cud macierzyństwa jakoś nie wpłynął na jej życiowe wartości. Nadal sprawy materialne są na pierwszym planie, a zamiast przechwalać się lalkami, teraz przechwala się córunią. „Moja Pola to mistrzyni sportu. Wiesz, jako dwulatka jeździ już na hulajnodze i rowerze szybciej niż Armstrong”.

Dzieci nie leczą kompleksów rodzicielskich. Czasem wręcz je pogłębiają.
Mężczyźni pasożyty, którzy specjalizują się w sępieniu pieniędzy od mamusi, czują się, jak to kiedyś usłyszałam od jednego z nich, „przywaleni rzeczywistością jaką jest dziecko”. Widok uśmiechniętego bobasa zamiast ich mobilizować do walki o byt, paraliżuje niczym widok węża kobra na domowej kanapie. Zamiast walczyć o byt rodziny, wolą schować się do dziury i piskliwie prosić mamusię lub państwo o zasiłek. Albo poczekać, aż żonka wreszcie zacznie mężusia utrzymywać. Mitologia grecka jest fascynującą lekturą, ale mitologia rodzicielska bywa równie tragikomiczną rozrywką.


Tekst:
Agata Passent/Syndykat Autorów.
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?