Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Moc atrakcji

Chcieliśmy być dobrymi rodzicami. Takimi, którzy spędzają z dzieckiem dużo czasu. W końcu nie po to się ma dzieci, żeby je porzucać, nieprawdaż? Niby prawda...

W domu przy normalnym rytmie pracy gryzie nas poczucie winy.
Rano nasze myśli krążą wokół pracy. Jedną ręką dajemy Kubusiowi jego ulubiony jogurt naturalny, a drugą korci nas, by sprawdzić mejle czy wykonać pierwsze służbowe telefony. Wieczorem, owszem, czytamy mu książeczki, budujemy wieże z klocków, ale często robimy to, ziewając, bo po całym dniu pracy człowiek jest zmęczony. To nie fair w stosunku do Kuby, dlatego postanowiliśmy wziąć go ze sobą na tydzień wakacji w Berlinie. Nasza trójka od rana do nocy razem, nierozerwalna, wesoła i zżyta komórka rodzinna.

Co za błąd! Wyjazd o mało nie skończył się rozwodem. Wróciłam blada jak ściana z umęczenia, pod oczami worki, a na twarzy kilka zadrapań, bo Kubuś akurat zaczął przechodzić przedwczesny bunt dwulatka. Nie jest już bezwolną paczuszką, którą wszędzie można zabrać. Teraz kategorycznie odmawia siedzenia w wózku, pręży się z wściekłości i wyskakuje.
W pierwszym muzeum, do którego wspólnie zawitaliśmy, rzucił się na wielkoformatowy obraz Andy Warhola przedstawiający portret Mao… I krzycząc: „Pan, pan, pan”, jął ściągać go ze ściany. Zleciała się groźna ochrona. Niemiecka ochrona. Ochrona bez poczucia humoru. Trudno zresztą o humor, zważywszy, że wartość arcydzieła, które Kubie przypadło do gustu, przekracza pewnie milion dolarów. Na zakupach spożywczych ściągał produkty z półek, raz zbił słoik z konfiturą. W kawiarniach nasze kawy interesowały go bardziej niż jego soczki. Kiedyś, gdy odwróciliśmy się na sekundę, dosłownie sekundę, by zapłacić, wsadził rękę w kawę i oblał tacie dżinsy. Musieliśmy wracać do hotelu i się przebierać. Pół dnia stracone. Przyjemność z kawy również. Wciśnięty w restauracyjne krzesełko, walił ostentacyjnie łyżeczką w blacik. Trzy noce nie zmrużyliśmy oka, bo Kubuś nie mógł przyzwyczaić się do nowego łóżeczka. Ukoronowaniem koszmaru była zła pogoda. W czasie deszczu dzieci się nudzą, ale tym bardziej w obcym mieście. W domu można wsiąść do autobusu, odwiedzić babcię, przyjaciół z dziećmi. Tu pozostawały place zabaw. Co za cudowny sposób spędzania czasu na urlopie! Tata dziesiąty raz zjeżdża ze zjedżalni, a mama czyta gazetę pełną opisów atrakcji Berlina. Atrakcji, z których nie dane jej będzie skorzystać.

Napięta atmosfera sprawiała, że denerwowaliśmy się na siebie nawzajem. Apogeum nastąpiło w pociągu. Kubuś nie zmrużył oka przez sześć godzin. W przedziale ciągnął pewną panią za warkocz, uciekał nam po korytarzu. Marzyłam, żeby dojechać na tę ohydną,
w porównaniu ze szklanym, wypieszczonym berlińskim dworcem, Warszawę Centralną.
Nazajutrz rozmawiam z mamą i koleżankami. Wszyscy pytają, jak było. Przyznaję, że okropnie, że to był błąd. „Pojechaliście z dzieckiem? Do Berlina? Bez niani? Oszaleliście?” Porady po fakcie są jeszcze gorsze niż porady o czasie. Mądra Polka po szkodzie.


Tekst: Agata Passent/Syndykat Autorów
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?