Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Prawdziwe historie: Moje dzieci są z in vitro

| 22.07.2015, aktualizacja: 22.07.2015 | 4

Pięć nieudanych prób in vitro w ciągu 11 lat starań i… – udało się! I to nie jeden raz. Poznaj historię Moniki, która została mamą dzięki zabiegom in vitro.

separator
Wyślij e-mailem
separator
Oceń :
(3)
in vitro
fot. Fotolia
– Kiedy okazało się, że w naszym przypadku naturalne zapłodnienie jest niemożliwe, nie wahaliśmy się ani chwili. Zapłodnienie in vitro było dla nas jedynym sposobem na szczęście. Uczepiłam się tej szansy z całej siły – mówi Monika, mama Jurka i Marysi.

Pierwsze myśli o tym, że ciąża może wcale nie nadejść, pojawiły się, gdy Monika miała 29 lat. Lekarska diagnoza potwierdziła złe przeczucia. Decyzja: najpierw dołożymy hormonów, dopiero potem ewentualnie pomyślimy o innym możliwościach.
– Przez pierwsze lata odsuwałam jak mogłam najdalej decyzję o in vitro. To była ostatnia deska ratunku, która dawała mi nadzieję. Myślałam, że dopóki jeszcze nie przekroczyłam progu kliniki, nie muszę się martwić. Przecież jeszcze mam jedną niesprawdzoną przeze mnie metodę - mówi Monika.
W końcu po czterech latach nieskutecznej kuracji hormonalnej, postanowiła spróbować.

In vitro – „Już prawie byłam w ciąży. Prawie…”

– Kiedy już się zdecydowaliśmy na in vitro, poczuliśmy, jakbym już prawie była w ciąży. Gdy mój lekarz wprowadził do mojego organizmu  zapłodnione zarodki, byłam pewna, że się udało. Już prawie bałam się, że to będą bliźniaki – wspomina Monika.
Tymczasem test ciążowy pokazał jedną kreskę.
Następnym razem także.
I następnym.
Euforia, jaką rozbudzali w sobie Monika z mężem po każdym z zabiegów, za każdym razem tak samo ustępowała miejsca rozpaczy.

- Im bardziej nam nie wychodziło, tym bardziej pragnęłam zajść w ciążę. Oboje nie umieliśmy pogodzić się z porażką, zwłaszcza, że stanowiliśmy parę biznesmenów, którym dotąd wszystko nam się udawało. Byliśmy przekonani, że jeżeli coś się prawidłowo zaplanuje i dołoży starań, by wyszło, to nie ma sił, żeby się nie udało. Więc tu zrobiliśmy tak samo jak w pracy. Wszystko zrobiliśmy tak, jak trzeba, a tu ciąży jak nie było, tak nie było – dodaje.

Polecamy: 10 rzeczy, które trzeba wiedzieć o in vitro

Na powodzenie in vitro czasem trzeba poczekać

Czekanie na kolejne zapłodnienie zamiast przybliżać – oddalało wizję rodzicielstwa. Monika skończyła już 35 lat. Trzeba się było coraz bardziej  śpieszyć, tymczasem wystarczała drobna infekcja, a zabieg był przekładany za kolejne miesiące.
– To wykańczało mnie nerwowo, zresztą nie tylko mnie. Mąż także był już zmęczony tym stresem, do tego musiał znosić moją huśtawkę nastrojów – opowiada Monika. – Tłumaczył sobie: przecież nie wszyscy muszą mieć dzieci... No, może rzeczywiście nie wszyscy muszą mieć. Ale akurat ja musiałam.

Czytaj także: Stres może utrudniać zapłodnienie

Po piątej nieudanej próbie lekarz orzekł, że nie umie im już pomóc. Choć i jemu nie mogło to przejść przez gardło, etyka lekarska nakazywała mu powiedzieć parze o tym, że nie mają już żadnych szans. Siedem lat starań o dziecko, tysiące badań, setki wkłuć, znieczuleń, cytologii, kuracji hormonalnych, wyjazdów do kolejnych szpitali – na nic. Ale Monika nie chciała przestać walczyć.

– Po słowach lekarza wróciłam do domu i przepłakałam trzy dni. Ale czwartego dnia umyłam twarz, wróciłam do kliniki i powiedziałam: "Panie doktorze, ja do czterdziestki i tak będę próbować. Uprzejmie proszę do mnie  więcej nie mówić, że się nie uda, bo jak i tak będę tu przychodzić". I przyszłam. Jeszcze ten jeden raz.

Holenderskie dwie kreski

Po szóstej próbie zapłodnienia Monika wyjechała z pracy na kilka tygodni do Holandii. Już po przyjeździe na miejsce okazało się, że nadeszła pora na kolejny test ciążowy.
– Zrobiłam i... zamarłam - opowiada.
Dwie kreseczki wywołały tysiąc myśli w głowie. Radość – teraz przecież całkowicie uzasadniona – była podszyta ogromnym strachem. Monika sama studziła swoje emocje. Nie chciała się cieszyć „za bardzo”. W końcu już raz tak było – najpierw wielka radość z wyniku testu a po tygodniu nagle krwawienie – i koniec.

– Zaczęłam walczyć o moje dziecko. Sprowadziłam z Polski progesteron, konieczny do utrzymania mojej ciąży, wywalczyłam lot do domu na leżąco, choć linie lotnicze kazały mi podpisać umowę, że jeżeli z mojego powodu samolot będzie musiał lądować, poniosę wszelkie koszty. Oczywiście, że podpisałam. Podpisałabym wszystko, byle utrzymać tę ciążę.

Po powrocie do Warszawy Monika została skierowana na leżenie. Krwawienia w ciąży  i przedwczesne skurcze sprawiły, że ciąża nie obyła się bez strachu, ale na szczęście kruchutkie życie tym razem nie się poddało. Wiosną urodził się zdrowy Jurek. Trzy lata później dołączyła do niego siostra, Marysia. Ona również żyje dzięki in vitro.

– Do dziś mam takie momenty, że muszę się uszczypnąć: czy to wszystko jest snem, czy rzeczywistością. Ale potem, gdy Jurek z Marysią zaczynają wariować na kanapie, to ta rzeczywistość daje znać o sobie bardzo głośno – śmieje się Monika.

Czytaj: Ustawa o in vitro wchodzi w życie!
separator
Wyślij e-mailem
separator separator
Komentarze (4)
avatar

Nina
Nina | 2016-02-22 15:13 Zgłoś komentarzZgłoś komentarz do moderacji

Gratuluje bohaterce artykułu. Nasz Oluś również jest po in vitro i jest naszym całym światem. 6 lat starań, 1 punkcja, 2 transfery - 1 nieudany, 2 poronienie. Za 3 razem się udało i jest z nami nasze półroczne szczęście.

Odpowiedz

uparta
uparta | 2016-01-31 01:15 Zgłoś komentarzZgłoś komentarz do moderacji

Wzruszyłam się czytając artykuł. U mnie leczenie trwało 3 lata już traciłam nadzieję, podziwiam bohaterkę artykułu, że walczyła tak długo.
Gosia, ja miałam in vitro w invmedzie, polecam klinikę i dra Gizlera z Wrocławia, nie wiem w jakim mieście się leczysz. Powodzenia.

Odpowiedz

gosia
gosia | 2016-01-24 01:36 Zgłoś komentarzZgłoś komentarz do moderacji

joanna, w której klinice podchodziłaś do in-vitro z kd? My jesteśmy umówieni na pierwszą wizytę w invimedzie. Nie mogę się doczekać, ale też denerwuje się.

Odpowiedz

joanna
joanna | 2015-09-27 18:46 Zgłoś komentarzZgłoś komentarz do moderacji

Ogromne gratulacje dla Pani Moniki. Nam udało się za drugim podejściem..Mieliśmy in-vitro z komórką dawczyni. Dzień narodzin naszej córeczki to najpiękniejszy dzien w moim życiu.

Odpowiedz
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?