Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

O mało co

Gdyby istniał test dla rodziców, nie wiem, czy bym go zdała. Aby jeździć takstówką, trzeba zdać test, aby nurkować z butlą, trzeba zaliczyć kurs, aby prowadzić psychoterapię, należy zdać egzaminy i samemu uczęszczać na terapię. Aby opiekować się cudzymi dziećmi w żłobku lub przedszkolu, trzeba ukończyć pedagogikę, czyli być do tego odpowiednią osobą. Ale by zajmować się własną gromadką czy jedynaczką – reguł nie ma.

Przyzwalanie na rodzicielstwo wzbudziłoby rzecz jasna protesty. Test byłby niehumanitarny! Każdy ma prawo rozmnażać się, ile dusza, narządy i opatrzność zapragną. Poza tym jakie byłyby kryteria? Czy wystarczy nie być psychopatą, sadystą, narkomanem? Czy do wyświechtanego hasła „wystarczająco dobra mama“ dodajemy jeszcze setki innych warunków? Na przykład odpowiedzialność. Od kiedy urodziłam syna, myślę często, czy jestem człowiekiem odpowiedzialnym. Na pewno staram się zapewnić synowi bezpieczeństwo. Lecz czy dość dobrze? Nie wystarczy się starać. Trzeba mieć wyniki.

Mieliśmy z Kubą kilka okropnych wpadek, sytuacji, które nazywamy „o mało co“. O mało co Kuby nie byłoby wśród nas. O mało co Kuba nie zabił się, jadąc sam (!) w elektrycznym pojeździe typu meleks (!). Byliśmy na kempingu w górach, po którym pojazdem tym jeździła pani sprzątaczka, wożąc miotły, odkurzacz, wiadra itd. Nigdy Kubusia nie woziła, nigdy też Kuba nie siadł w meleksie. Wracaliśmy z wycieczki, gdy Kuba został na moment w tyle. Nagle usłyszałam krzyk pani sprzątaczki i biegnącego w moją stronę Kubusia. Okazało się, że bez pytania wsiadł do meleksa, uruchomił go i ruszył do… tyłu. Wyskoczył z pojazdu, który potoczył się i zatrzymał na drzewie. Teren był pagórkowaty. Kuba mógł wpaść meleksem do rowu. Mógł kogoś przejechać. Toczący się pojazd, już po tym jak Kuba z niego wyskoczył, mógł potrącić jakieś dziecko! Koszmar. Nawet teraz, gdy o tym piszę, oblewa mnie zimny pot. A wszystko przez to, że na dosłownie trzy minuty straciliśmy go z oczu. Większość normalnych (cokolwiek to znaczy) rodziców wie, że dzieci trzeba mieć ZAWSZE NA OKU.

Niespuszczanie z dziecka oka to jedna z tych zasad macierzyństwa, która sprawia mi piekielną trudność. Nie tylko z lenistwa – komu nie zamykają się czasem oczy, kto jest fizycznie w stanie być wciąż „włączony“ – ale chyba z zasady. Mimo że mam syna, nie potrafię zaakceptować tego, że gdy to ja go pilnuję (a nie niania, tata czy wychowawczyni), muszę bezustannie mieć go na oku. Nie lubię nikogo mieć na oku. Nawet jeśli byłby to ktoś piękny niczym Jacek Wszoła w locie. Nie mam tego naturalnego instynktu. Na poziomie racjonalnym też trudno to zaakceptować. Mieć kogoś na oku to nie ufać mu, kontrolować, prowadzić na smyczy jak psa. Tymczasem dzieci robią głupstwa, bo nie znają konsekwencji. Rodzic, aby być idealnie odpowiedzialny, powinien mieć trzy pary oczu. I nigdy nie spać.

O mało co nie zatrułaby się trzyletnia córka znajomej. Mała, będąc z rodzicami w domu, wzięła do buzi neonową bransoletkę, odgryzła kawałek i połknęła go, siedząc cichutko. Dopiero po kilku minutach tata zauważył, że zabawka jest nadgryziona. Spytał, gdzie jest brakujący kawałek, a córeczka z uśmiechem rzekła: „W brzuszku“. Skończyło się na przymusowym wymiotowaniu. Inne znajome dziecko we własnym pokoju przewróciło się i uderzyło tyłem głowy o kaloryfer! Mama siedziała metr dalej. Skończyło się na szwach, ale kałuża krwi zalała dywan…

Jak być odpowiedzialnym, nie popadając w paranoję? I jak później nie rozpamiętywać drastycznych sytuacji z cyklu „o mało co“? Ja ciągle widzę meleks toczący się do rowu. Mieć nauczkę, nie popadając w poczucie winy. Tego powinni nas uczyć na kursach rodzicielskich, bo oddychanie przy porodzie to pestka. Obok stoi położna i ma cię cały czas na oku.


Tekst: Agata Passent/Syndykat Autorów.
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?