Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Ojcostwo to przepływ energii – mówi Olivier Janiak. Czytaj wywiad!

| 21.12.2015, aktualizacja: 23.12.2015 | 0

Olivier Janiak ma trzech synów, piękną żonę i jak sam kilka razy powtórzy w naszej rozmowie – szczęście w życiu. Parę lat temu, po narodzinach najmłodszego syna wrzucił trochę na luz, ale wciąż nie wygląda na to, żeby miał włożyć kapcie i zaszyć się w domu.

separator
Wyślij e-mailem
separator
Oceń :
(2)
Olivier Janiak, dziennikarz, konferansjer, koordynator charytatywnego kalendarza „Dżentelmeni”. Ambasador akcji UNICEF i Pampers „1 paczka = 1 szczepionka”. Mąż modelki Karoliny Malinowskiej, ojciec 6-letniego Fryderyka, 4-letniego Christiana i 2-letniego Juliana.

Pamiętasz swój pierwszy dzień bycia ojcem?

Pamiętam strach i pustkę w głowie. Kiedy narodził się Fredzio, to zawieźli go na salę z innymi noworodkami, takiego małego kurczaka, i położyli w tym szklanym kubełku. Karolina spała po operacji, on też zasnął, a ja stałem tam jako jedyny ojciec między samymi matkami, nie wiedziałem, co robić – i uciekłem. Dojechałem do domu i nagle myśl: „Ty świnio, jak mogłeś zostawić go tam samego?”. Więc z powrotem do szpitala. Tak to się wszystko zaczęło.

Potem było już łatwiej?

Nie od razu: pierwsze dziecko w ogóle jest trudne, bo wszystko jest nowe. Te wieczory z płaczem, te nasłuchiwania nad kołyską: „Oddycha, nie oddycha?”. Poza tym dochodzi aspekt emocjonalny. Naczytałeś się wcześniej, że narodziny dziecka to wspaniały moment – a potem trzymasz to zawiniątko w ramionach i nic wspaniałego nie czujesz. Dopiero potem, z każdą przebraną pieluszką, z każdym otarciem buźki, nawiązujesz relację z tym małym człowiekiem i już łatwiej wykonujesz ten szereg zadań, związanych z oddawaniem energii.

Ale przecież dzieci to także przyjmowanie energii.

Bez dwóch zdań, ale twoje przyjmowanie energii zaczyna się później – gdy dziecko zacznie w końcu uśmiechać się do ciebie, wyciągać rączki w twoją stronę. Na to jednak trzeba poczekać, więc przez pierwsze miesiące energia przepływa raczej tylko w jedną stronę: od ciebie do niego. Dziś już jednak wiem, że na wszystko przychodzi czas, że nie trzeba gonić tych pozytywnych emocji, bo one same przyjdą do ciebie.

Ojcowie częściej niż o emocjach mówią o tym, jak trudno było im wykąpać dziecko albo przewinąć.

Wiem, że dla niektórych ojców kąpiel czy przewijanie może być trudne, ale mi jakoś te rzeczy przychodziły naturalnie. Trudne to było codzienne jeżdżenie do szpitala, w którym leżała moja żona,
a ja nie wiedziałem, nie tylko tego, kiedy urodzi, ale też tego, czy przeżyje ten poród – mieliśmy taką hardkorową sytuację w pierwszej ciąży. Potem, gdy na szczęście wszystko potoczyło się dobrze, to już większość rzeczy stała się łatwa.

Czytaj także: Dzieci to jazda bez trzymanki – mówi Karolina Malinowska

Nawet godzenie opieki nad trójką dzieci z pracą?

Od kiedy odszedłem z „Malemena”, to mam wrażenie, że bardzo mało pracuję. Jeszcze trzy czy cztery lata temu rzeczywiście wydawało mi się, że ciągnę pięć etatów, ale w końcu przyszedł taki moment, że trzeba było wybrać: albo robię gazetę, albo jestem ojcem.

Czym teraz się zajmujesz, oprócz bycia ojcem?

Właśnie skończyłem prawie półroczną pracę nad kolejnym kalendarzem „Dżentelmeni”, a w tym roku było z tym masę zachodu, bo mamy dziesiątą, jubileuszową edycję. Kalendarz na 2016 r. składa się z 25 zdjęć i występuje w nim prawie 40 gwiazd. Nosi tytuł „Wszystko, co najważniejsze” i jego myślą przewodnią jest chemia, jaka łączy ludzi. Znajdziesz w nim matki z dziećmi, np. Martynę Wojciechowską z córką, dziadków z wnukami, małżeństwa. Są pary, które łączy nieoczywista chemia, jak Wojciech Mann i Krzysztof Materna. Do tego muzycy rockowi, sportowcy, youtuberzy.

Skąd wziął się pomysł na kalendarz?

10 lat temu młody wolontariusz z Bydgoszczy, Patryk Wolski, napisał do mnie, że zna dzieci, które nie mają na buty. Pytał w swoim liście, czy może byśmy razem nie zrobili kalendarza, z którego pieniądze poszłyby na te buty. Ja nie miałem wtedy czasu się tym zająć, odłożyłem to na bok, ale przez kolejne dni list Patryka cały czas za mną chodził. Wróciłem do niego, przeczytałem jeszcze raz i pomyślałem sobie, że może sam nie mam 10 aut w garażu, ale akurat butów mam sporo. Zadzwoniłem do Patryka z pytaniami, jak wyobraża sobie ten kalendarz: kto miałby się w nim znaleźć, kto zrobi zdjęcia, jak i komu potem przekażemy pieniądze – a on na wszystkie moje pytania odpowiadał: „Nie wiem”. Ale gdy się spotkaliśmy, to już czułem, że ten kalendarz może być dla mnie projektem na lata.

Ile pieniędzy udało się wam już zebrać na te buty?

Przez te 10 lat przekazaliśmy różnym fundacjom prawie 8 mln złotych. Dziś nie kupujemy już tylko butów, bo można pomóc dzieciom w dużo lepszy sposób. Zresztą nie robimy tego sami, bo od pomagania są fundacje, które mają wypracowane ścieżki działania.

Co to za fundacje?

W zeszłym roku współpracowaliśmy z 13 fundacjami: mniejszymi i większymi. Zawsze duża część kwoty idzie do Fundacji TVN „Nie jesteś sam”, ale też np. pomagamy dużo mniejszej fundacji „Hipoterapia”. Gdy ostatnio zdechł im jeden koń do hipoterapii, to dostali od nas pieniądze i kupili dwa konie.
Współpracujemy z fundacjami, które zajmują się dziećmi z ubogich rodzin: za pieniądze z kalendarza co roku dzieciaki jeżdżą na wakacje do Bukowiny. Poza tym z fundacjami, które mają pod opieką hospicja albo szpitale: mamy pod opieką np. półtoraroczną dziewczynkę z padaczką, której co miesiąc wysyłamy pieniądze na leczniczą marihuanę, bo jej rodziców na to nie stać. Jest z nami „Dom Aniołów Stróżów” z Katowic, który pomaga dzieciom z rodzin patologicznych. Naprawdę trudno wyliczyć wszystkich.

Czy cały dochód z kalendarza idzie na pomoc?

Nie tylko dochód: cały przychód! Dzięki naszym stałym sponsorom, np. CCC, Rossmannowi i wielu innym, mamy pokryte totalnie wszystkie koszty, więc nie odbieramy sobie ich od ceny kalendarza. Możesz mieć pewność, że, kupując kalendarz, każdą złotówkę wydajesz na potrzebujących.

Nie chciałeś sam założyć fundacji?

Uważam, że każdy powinien robić to, co umie najlepiej. Ja mogę wykorzystać swoje relacje z ludźmi, umiejętności organizacyjne czy rozpoznawalność, żeby zebrać pieniądze, ale ich dysponowaniem niech zajmą się ci, którzy się na tym znają. Pomaganie wcale nie jest taką prostą sprawą. Przekonałem się o tym niedawno, kiedy pojechałem do Angoli, jako ambasador akcji organizowanej przez Pampers i UNICEF: „Jedna paczka pieluszek = jedna szczepionka”.

Co to za akcja?

Jej celem jest zaszczepienie dzieci albo kobiet w ciąży przeciwko tężcowi noworodkowemu. Co 11 minut – a my już rozmawiamy ponad pół godziny – na świecie umiera dziecko w wyniku zakażenia tężcem. Dzięki akcji pieniądze z zakupu jednej paczki pieluszek Pampers idą na zakup jednej szczepionki przeciw tężcowi. Całym sercem popieram tę akcję, bo dzięki niej każdy może pomagać w swoim zakresie.

Po co tam pojechaliście do Angoli?

Organizatorzy akcji chcieli, żebyśmy zobaczyli na własne oczy, jak wykorzystywane są środki z zakupu pieluszek. Pojechaliśmy i przeżyliśmy szok. Bezgraniczna bieda. Tutaj źle definiowaną pomocą można ludziom zaszkodzić.

Co masz na myśli?

Któregoś dnia rozmawiałem tam z ojcem szóstki dzieci i zapytałem go, o czym marzy, na co on mówi: „O domu”. I ciągnie, że prawdziwy dom to dla niego za duży koszt, bo aż 5 tys. dolarów. Patrzę na ten barak z blachy falistej, w którym się gnieździł z rodziną, myślę: „5 tysięcy za cały dom?” i mówię do tłumacza
z UNICEF–u: „Powiedz mu, że ja załatwię mu pieniądze”. A ten na to, że tego nie przetłumaczy.

Dlaczego?

Też o to zapytałem. Odpowiedział, że takie pomaganie w stylu: dam pieniądze jednemu człowiekowi i niech sobie za nie zbuduje dom, jest bezmyślne. Bo np. potem jego sąsiedzi mogą mu zrobić krzywdę, na zasadzie: „Czemu on, a nie my”. Trzeba pomagać inaczej, ze zrozumieniem lokalnych niuansów i po równo dla wszystkich. Np. właśnie przez szczepienia. W Angoli 40 proc. kobiet rodzi w domu, na glinie, bo tam w domach nie ma nawet podłóg. Same przecinają pępowinę. Nie mają możliwości odkazić żyletek, więc dziecko rodzi się i łapie tężec.

Który dla noworodków jest śmiertelny.

Nie potrafię sobie tego wyobrazić, że w naszych czasach dzieci umierają tylko dlatego, że nie dostały prostej, dostępnej szczepionki. My tutaj się zastanawiamy, czy szczepić przeciw temu czy przeciw tamtemu, a są kraje, gdzie tych szczepionek po prostu nie ma i dzieci nie mają szans na przeżycie. Kiedy widzisz coś takiego: nie w telewizji, nie na zdjęciach, ale na własne oczy, to uświadamiasz sobie, jakim sam jesteś szczęściarzem. W naszym kraju bywa biednie, nie wszyscy załapali się na przemiany ustrojowe, nie wszyscy są przebojowi i zaradni, ale cokolwiek byśmy nie słyszeli w telewizji, to Polska nie jest w ruinie i naprawdę nie mamy takich problemów, jakie mają ludzie w innych miejscach świata.

Zajmujesz się wielkimi projektami, ale powiedz też, kiedy ostatnio zaprosiłeś żonę na randkę?

Ostatnio pracowałem przy Art&Fashion Forum i namówiłem Karolinę, żeby do mnie dojechała do Poznania na jeden dzień. Do chłopaków przyjechała ciocia Bożena, Sisio, czyli brat mojej żony, dwie babcie są obok zawsze, więc mieli full serwis. Teraz jedziemy do Krakowa – też przy okazji pracy, ale na pewno będziemy mieć choć chwilę we dwoje.

I udaje się przeskoczyć z tematu dzieci na inny?

Tematów do rozmów nie brakuje, ale zresztą my nie musimy rozmawiać, żeby czuć się ze sobą dobrze. Możemy posiedzieć razem, iść do kina albo pomilczeć na spacerze. Staramy się tak ustawiać kalendarz, żeby raz w miesiącu wyjść gdzieś bez dzieci i żadnych wyrzutów sumienia wtedy nie mamy.

Kto wam pomaga w opiece nad synami?

Na kilka godzin dziennie przychodzi niania do najmłodszego, a poza tym mamy to szczęście, że mieszka z nami babcia Maliny (Karoliny Malinowskiej – przyp. red.), która ma 85 lat i jest dla nas wspaniałym wsparciem. Zawsze coś upichci, przytuli, pomoże. Mnie bardzo się podoba model rodziny wielopokoleniowej: jest w nim przepływ emocji, doświadczeń i troski między pokoleniami. Bardzo się cieszę, że moje dzieci mają codzienny kontakt z prababcią. Na razie ona dba o nie, ale wie, że potem my będziemy dbać o nią. To jest dla mnie naturalne i oczywiste i sam, troszcząc się teraz o swoje dzieci, mam nadzieję, że kiedyś nie oddadzą mnie do domu spokojnej starości. Głęboko wierzę w to, że relacja, którą wypracujemy teraz, zostanie na zawsze.

Zastanawiasz się, na kogo uda ci się wychować synów?

Nie mam złudzeń, że rodzice są w stanie ukształtować dziecko tak, jak zechcą. Spędzam z synami góra 4 godziny dziennie: jedną rano i 3 wieczorem. Przez resztę dnia pozostają pod wpływem zupełnie obcych ludzi. Jedyne więc co mogę, to wytyczyć jakieś ramy z miłości i troski i liczyć na to, że jakoś się wszystko uda. Boję się trudnych momentów, związanych z dojrzewaniem moich synów. Boję się ich buntu i tego, że nie będę mógł do nich dotrzeć. Że będą traktować mnie jak obcego, jak gościa z innej wiekowo planety.

Boisz się, że przestaniecie się rozumieć?

Oraz tego, że ja sam nie sprostam i że nie będę wystarczająco otwarty i wyrozumiały. Do dziś pamiętam rzeczy, których nie cierpiałem u mojego ojca – tego, że nie pozwalał mi nosić dłuższych włosów albo, że non stop truł mi tyłek o kapcie – a dzisiaj łapię się na tym, że mówię i zachowuję się dokładnie tak samo jak on! Nie chciałbym gdzieś się rozminąć z chłopakami w tym trudnym dla nich okresie dojrzewania i stracić te kilka lat bliskości. Chciałbym ich przez ten czas przeprowadzić, a nie być tylko dostarczycielem waluty. 

Czytaj także: Znani i nieidealni ojcowie szczerze o byciu tatą.
separator
Wyślij e-mailem
separator separator
Komentarze (0)
avatar
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?