Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Poród – zawsze bez happy endu?

| 26.02.2015, aktualizacja: 10.11.2015 | 0

Błędy lekarzy ginekologów i położnych to od pewnego czasu modny medialny temat. Co i rusz słyszymy o kolejnej historii, która nie powinna się wydarzyć. Historii bulwersującej i poruszającej. Bo też za każdą z nich kryje się czyjeś nieszczęście. Tylko czy aby mówiąc jedynie o nich, nie wykrzywiamy obrazu rzeczywistości?

separator
Wyślij e-mailem
separator
Oceń :
(2)
kobieta, poród, noworodek
fot. fotolia
Nie, nie chcę zaprzeczać faktom – rzeczywiście na salach porodowych zdarzają się sytuacje, których nie można usprawiedliwiać. Wiele wskazuje na to, że są to, niestety, nie tylko niezawinione błędy (których w medycynie, także w położnictwie, nie da się po prostu uniknąć), ale i zaniedbania. Ich skutki bywają tragiczne dla dzieci i ich rodziców. Dlatego trzeba o tym mówić (dobrze, by w sposób wyważony, choć – przyznaję – niekiedy jest to bardzo trudne). Ale przede wszystkim robić wszystko, by takich przypadków było jak najmniej. A najlepiej, by nie było ich wcale.

A jednak coraz częściej odnoszę wrażenie, że bombardowani historiami błędów lekarskich zapomnieliśmy, że to nie jest pełny obraz rzeczywistości. Że wiele dzieci zawdzięcza zdrowie (i nierzadko życie!) temu, że najpierw położna, a potem lekarz ginekolog zareagowali w pełni profesjonalnie, czyli właściwie i odpowiednio szybko na pojawiające się podczas porodu komplikacje.

Ilekroć czytam czy oglądam doniesienia medialne o kolejnej bulwersującej historii mającej miejsce na sali porodowej, patrzę na mojego zdrowego, trzynastoletniego dziś syna i myślę z wielką wdzięcznością o położnej, która – zaniepokojona zapisem KTG – natychmiast pobiegła po lekarza, i o ginekologu, który bezzwłocznie podjął jedyną słuszną w tej sytuacji decyzję o cesarskim cięciu.

Myślę też, że mieliśmy szczęście, iż dane nam było rodzić w takim szpitalu, z takim personelem. (Od razu zastrzegę – ani lekarz, ani położna nie byli wcześniej „opłaceni”, płaciliśmy jedynie za możliwość wspólnego porodu w sali porodów rodzinnych i za znieczulenie zewnątrzoponowe). Ale czy to możliwe, że tylko my mieliśmy tyle szczęścia? Przecież nie tylko nasza porodowa historia zakończyła się happy endem… Przecież każdego dnia na świat przychodzi wiele zdrowych dzieci. Znacznie, znacznie więcej niż tych, które na skutek komplikacji okołoporodowych (a niekiedy także błędów lekarskich) są i zawsze już będą chore albo – co gorsze – zmarły.

To przecież oczywiste – powie ktoś. Dlaczego więc o tym piszę? Ponieważ zastanawiam się, czy aby nie popadamy w przesadę. Coraz częściej słyszę np. o kobietach w ciąży, które z góry decydują się na cesarskie cięcie (było, nie było operację!), argumentując to tym, że tyle jest wokół dzieci, które do końca życia będą niepełnosprawne, ponieważ lekarze nie wykonali na czas cesarki. Dlatego one nie chcą ryzykować…
Mówmy więc głośno o tym, że na porodówkach zdarzają się tragiczne w skutkach sytuacje, które nigdy nie powinny się zdarzyć. Ale nie twórzmy przy tym wrażenia, że to jest norma. Bo nie jest.  

Przeczytaj: Czy w Polsce wszędzie rodzi się "po ludzku"?
separator
Wyślij e-mailem
separator separator
Komentarze (0)
avatar
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?