Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Prawdziwe historie: Moja definicja szczęście

| 21.11.2014, aktualizacja: 21.11.2014 | 0

Poród stale powracał w moich wspomnieniach. Pamiętam, że stres i presja personelu były bardzo duże, a ja nie potrafiłam sprostać ich oczekiwaniom. Jednak po powrocie do domu zrozumiałam, czym jest szczęście. Przeczytaj historię pani Katarzyny.

separator
Wyślij e-mailem
separator
Oceń :
(16)
niemowlę, dziecko
fot. Katarzyna Stachecka, archiwum domowe
Mojej historii ciąży i porodu towarzyszy bardzo wiele emocji, kotłujących się we mnie do dziś. Mam wiele wspomnień tych zarówno tych pięknych, jak i tych przykrych.

Ciąża na emigracji

Po trzech wspaniałych latach związku zdecydowaliśmy na wyjazd za granicę. Na początku było ciężko. Na szczęście mieliśmy pracę i dach nad głową. W końcu zaczęliśmy realizować nasze plany; to był krok do prawdziwej dorosłości.
Pewnego dnia zorientowaliśmy się, że zostaniemy rodzicami – dokładnie w dniu moich urodzin (piękny prezent!). Nie planowaliśmy tej ciąży, ale zawsze żyliśmy z myślę, że jeśli zajdę w ciążę, będziemy się cieszyć. Mój mąż – jeszcze wtedy narzeczony – gdy odkrył test ciążowy na mojej nocnej szafce, nie potrafił ukryć łez radości, które pojawiły się w jego oczach. Mocno mnie przytulił i powiedział: "Poradzimy sobie, zobaczysz. Będziemy rodzicami. Będę ojcem".  Tak dumnie to zabrzmiało. Po moich policzkach też spłynęły łzy radości i strachu... Ktoś kiedyś powiedział: "Strach przed odpowiedzialnością to oznaka dojrzałości".

Rozłąka

Niestety przyszedł czas na poważne decyzje. Musieliśmy zastanowić się, co dalej – czy zostajemy za granicą czy wracamy do kraju. Po urlopie w Polsce, ja zostałam w kraju, natomiast mój mąż wrócił (miał tam pracę, a ktoś musiał zrobić ba chleb).
Przez cały okres ciąży byłam sama – mój mąż w tym czasie przejeżdżał do kraju trzy razy. Na szczęście podczas jego ostatniej wizyty zaczęłam rodzić. W sumie nie ustalaliśmy, czy mój mąż będzie uczestniczył w porodzie. Myślę, że trochę się bał, ale sprawy się tak potoczyły, że był przy mnie.

Cud narodzin

Przerażała mnie perspektywa porodu. Bałam się, czy sobie poradzę, a zaraz wyczekiwałam tego momentu. Myślę, że tak ma każda pierworódka.
Lekarz, który mnie badał na izbie przyjęć, stwierdził, że urodzę dopiero następnego dnia, więc chciał odesłać mojego męża do domu, ale położna powiedziała, że ma zostać. Miała rację.
Podczas porodu mąż był bardzo dzielny, wspierał mnie. Poród i narodziny syna bardzo nas zbliżyły do siebie. Widział, co przeżywam, ile muszę wycierpieć, aby nasz syn przyszedł na świat. Jest mi do dzisiaj wdzięczny. A ja mu za to, że mnie nie zostawił i był ze mną aż do końca.
Byłam przekonana, że gdy urodzę i położą mi dziecko na piersi będę płakać ze szczęścia. Ale nic takiego się nie stało, byłam zbyt zszokowana. To mąż płakał, powtarzał: "Udało się! Kasia, udało się!".
Poród trwał około 15 godzin, było to bolesne przeżycie, a zarazem najpiękniejsze. Pobyt w szpitalu był fatalny. Nie mogłam wykarmić własnego dziecka (to bolesne dla mnie jako matki). Nie potrafiłam zająć się swoim dzieckiem, nie potrafiłam go przewinąć... Stres i presja personelu były tak duże, że nie dawałam rady.  

Powrót do domu

Dopiero po powrocie do domu poczułam się lepiej, powrócił spokój i opanowanie. Pojawił się pokarm, więc zaczęłam karmić piersią. Niestety musieliśmy dokarmiać małego mlekiem modyfikowanym. Pierwszy miesiąc jego życia był dla nas niebywale trudny.
Mąż bardzo angażował się w obowiązki – kąpał, przewijał, dokarmiał, wstawał w nocy. Dzięki niemu naprawdę mogłam odpocząć. Miałam wrażenie, że dopadła mnie jakaś depresja, bo często płakałam i w myślach przeżywałam jeszcze raz poród.
Teraz jest znacznie lepiej – jestem pewna, że mam wspaniałego męża i dziecko. Maksymilian niedługo kończy 2 miesiące. Coraz więcej się uśmiecha, a ja wzruszam się, gdy to widzę. Uśmiech mojego dziecka wynagradza wszystko.  

Czym jest szczęście?

Trudno zdefiniować pojęcie szczęścia. Dla jednych to dobrze płatna praca, dla innych wielka wygrana, a dla kolejnych jeszcze coś innego. Dla mnie to poczucie, że jestem dla tego malucha najważniejszą osobą, bez której się nie obędzie. Świadomość, że my jako rodzice jesteśmy za niego odpowiedzialni, że jest nasz. Tak po prostu, gdy z miłości dwojga ludzi powstanie takie cudo. Patrzysz na niego i nie możesz wyjść z podziwu. To się nazywa miłość, a moje największe szczęście leży teraz obok mnie.
Być może nasza historia nie jest dla innych wyjątkowa, ale dla nas ma wielkie znaczenie.

Praca nadesłana przez Katarzynę Stachecką na konkurs na historię ciążowo-porodową (edycja listopadowa).
separator
Wyślij e-mailem
separator separator
Komentarze (0)
avatar
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?