Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Prawdziwe historie: powinnam wziąć zwolnienie, teraz tego żałuję

| 24.10.2014, aktualizacja: 24.10.2014 | 0

Gdy zaszłam w ciążę, nie chciałam zwalniać. W końcu ciąża to nie choroba. Nie wzięłam zwolnienia. To był błąd. Dlaczego? Przeczytajcie historię Doroty.

separator
Wyślij e-mailem
separator
Oceń :
(11)
fot. mat. pras.
Bardzo pragnęliśmy mieć dziecko. Nasz ślub był w lipcu 2012 r. i praktycznie od razu zaczęliśmy się starać. Mijały kolejne miesiące: sierpień, wrzesień, październik i ciągle nic. Żadnych objawów, wszystkie testy ciążowe negatywne. Porażka, smutek i zmartwienie, że już się nie uda. A ja coraz starsza, blisko trzydziestki. Stwierdziłam, że już tak nie mogę, że muszę się czymś zająć. Studia skończone, nauka za mną. Tylko praca i brak innego zajęcia. Cały czas gadałam i suszyłam głowę mężowi, że pragnę dziecka (miał już dosyć i wcale mu się nie dziwię).

Jestem w ciąży

Żeby coś zmienić w swoim życiu, zapisałam się na prawo jazdy (to był 1 kwietnia 2013 r.). Nie całkiem przekonana o swojej decyzji, poszłam na pierwszą lekcję. Zajęcia teoretyczne nie były takie złe, ale "pierwsze poty" pojawiły się na pierwszej jeździe. Gdy wysiadłam po niej z samochodu, nogi ugięły mi się ze strachu. Czy to na pewno była dobra decyzja? Mój nastrój  bywał w tym czasie bardzo zmienny. Po którymś kursie po prostu mnie zemdliło. "Ja się chyba nie nadaję!!!" – myślałam z goryczą.
Coś mnie tknęło, żeby znowu zrobić test. Dziwnie się czułam, okres się spóźniał, choć nie pierwszy raz. Pomyślałam: "Może jest jakaś szansa". Test ciążowy wyszedł pozytywnie.
Była 8:00 rano, miałam dzień wolny od pracy. Męża prędko obudziłam, mimo że był po nocnej zmianie; niewyspany, ale wstał szybko. Łza zakręciła się w oku i mnie, i jemu. "Jestem w ciąży" - powiedziałam i pokazałam test. Od tej pory nic nie będzie takie jak dawniej.

Widać kropeczkę

Zapisałam się do ginekologa. Był czwartek, a udało się na poniedziałek dokładnie 4 czerwca. Wielka radość, chociaż z drugiej strony niedowierzanie, a może jednak nie, może to pomyłka... Pani ginekolog podłączyła USG, nie miałam pojęcia, o co chodzi. Co tam widać. Od razu gratulacje, bo widać kropeczkę... a nawet dwie (!),  choć podobno to na razie nic nie znaczy, bo to dopiero 4. tydzień. Znowu łza zakręciła się w oku, ale radość opanowała mnie przeogromna. Pani ginekolog zapytała mnie, czy chcę zwolnienie z pracy. Stwierdziłam, że nie, bo to za szybko, bo krzywo będą patrzeć przełożeni, bo moja praca polega na sprzedaży usług i są fajne prowizje. No cóż to był błąd. Błąd jakiego nie wolno powtarzać.

Chwile grozy

Jestem pewnego razu w pracy, jest już koniec czerwca i źle się czuję. Jestem sama na zmianie. Co prawda jest sobota i nie ma dużego ruchu w pracy, ale dyżur trwa 12 godzin (od 9.00 do 21.00). Muszę iść do toalety, bo czuję, że dzieje się coś złego. Gdy jestem już w środku, okazuje się, że krwawię. "Poroniłam" – myślę, a łzy cisną mi się do oczu. Dzwonię, do kierowniczki, czuję, że umieram ze strachu. Nie odbiera telefonu. Dzwonię też do lekarki. Pani doktor uspokaja mnie, że to wcale nie musi oznaczać najgorszego, ale powinnam, jak najszybciej pojechać do szpitala.
Kierowniczka wciąż nie odbiera. Dzwonię bez końca. Biegam też ciągle do łazienki, wciąż krwawię... Powinnam jechać do szpitala, zamknąć salon, ale jak wyjdę bez zgody, mogę stracić pracę. Co robić?

Atak paniki

Dzwonię do szpitala, ale przez telefon informują mnie, że mnie nie przyjmą na tak wczesnym etapie. Dodają, że jak nie ma skrzepów, to nie ma się, czym martwić. Łatwo powiedzieć! Jest już 21.00. Po półgodzinie jestem już w domu, kładę się od razu do łóżka, nie mogę powstrzymać łez. Atak paniki, nic mnie nie może pocieszyć.  
Wybłagałam moją lekarkę o kolejną wizytę, jak najszybciej. Prywatnie. Nie ma problemu. Następnego dnia mam robione badanie USG. Ciśnienie mi skacze, oczywiście z nerwów
I nagle, jest! Kropeczka, jedna – ta większa! Bez żalu poprosiłam o zwolnienie.

Płacz – ze szczęścia czy żalu?

Gdy wyszłam z gabinetu, płakałam jak dziecko. Nie wiem, czy ze szczęścia, czy z żalu. Jedno dziecko jest, drugiego nie ma...
Bardzo o siebie dbam. Regularnie się badam, robię prawo jazdy. Wszystko idzie zgodnie z planem. Żadnych niepokojących objawów.
Koniec stycznia – kolejna wizyta. I diagnoza: tachykardia płodu. Co to takiego? Czy coś grozi mojemu dziecku? Lekarka nie potrafiła mi wytłumaczyć o co chodzi. Trafiłam do szpitala. Ponieważ kilka dni wcześniej była afera – zmarły bliźniaczki nieratowane przy porodzie (ich mama miała nadciśnienie), więc tym razem przyjmują mnie od razu na trzy doby.  
Jestem wewnętrznie rozdygotana.  Nogi mi drżą, chyba ze strachu. W szpitalach kontrole. Na obchodzie 10 osób. To są trzy najdłuższe doby mojego życia. Po tym czasie mnie wypisali – niechętnie, bo termin porodu był bardzo bliski (7 lutego).

Na porodówce

12 lutego, już po terminie, godzina 17:00. Mam co 15 minut skurcze. Nigdy mnie tak nie bolało. Idę pod prysznic, zrelaksować się. Skurcze co 10 minut. Chyba rodzę. Dzwonię do szwagra – niech się szykuje. Godzina 20.30. Próbuję się położyć, ale nie mogę leżeć. W końcu jedziemy.
Jestem w szpitalu. Boli, nawet bardzo. A w szpitalu mówią, że to jeszcze nie czas. Na szczęście miałam zaświadczenie od lekarki, że ostatecznie mam się stawić w szpitalu 14 lutego. To ich przekonało.
Na patologii ciąży nie ma miejsca, więc wiozą mnie na porodówkę. Jestem przerażona. Z jednej strony chcę rodzić, a z drugiej nie chcę. Co chwila mnie badają, podłączyli KTG. Nic nie słychać. Może coś się zsunęło?! Wołam położną, ona lekarkę. Nie słychać tętna dziecka. Zamarłam. Położna łapie mnie za rękę. Nie. Jednak coś słychać: "stuk, puk". To serduszko dziecka.
Całą noc słyszę krzyki rodzących. O matko, co to będzie. Jestem coraz bardziej przerażona. Nie potrafię zasnąć, podobno mam rozwarcie na 3 centymetry.
Chyba się zaczyna. Nie, jednak nie. Mam iść pod prysznic. Nic nie czuję. Czekam na lekarza. Decyzja: podłączamy oksytocynę. Czuję jakieś skurcze, ale... nie boli tak jak mówiła siostra, mama. Każą przeć, prę. Każą przestać, przestaję. Jestem już zmęczona. Przecinają krocze – boli.
I wreszcie jest... córeczka. 3290 g, 54 cm. Urodziła się 13 lutego, ale mam nadzieję, że to jej szczęśliwa liczba.

Ciągle razem

"Witaj na świecie moja ukochana córeczko" – powiedziałam, gdy położyli mi ją na piersi. I tak się już nie rozstajemy od 7,5 miesięcy.
Już niedługo czeka mnie powtórka. Ola będzie miała siostrę albo brata. Termin 4 marca 2015 r. Trochę szybko, ale damy radę.
Odnośnie daty narodzin Oleńki to wszyscy się śmieją, że nie chciała się w walentynki urodzić, bo po pierwsze nie chciała być Walentyną, a po drugie chłopaki będą się musieli starać i dwa prezenty dawać (jeden urodzinowy, drugi na dzień zakochanych).

Historia została nadesłana przez Dorotę, mamę Oli, na konkurs "Podziel się z nami swoją historią ciążowo-porodową" (edycja październikowa).
separator
Wyślij e-mailem
separator separator
Komentarze (0)
avatar
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?