Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Prawdziwe historie: już od dnia ślubu staraliśmy się o dziecko

| 25.04.2015, aktualizacja: 25.04.2015 | 0

Ciągłe wizyty w laboratorium, pobrania krwi, analizy próbek nasienia, badania USG i pełne nerwów oczekiwanie na wyniki. Tak wyglądają starania o dziecko w klinice leczenia niepłodności. Czasem to jedyna droga do tego, by zostać wreszcie rodzicami. Tak było w wypadku Magdaleny, która opisała swoją historię.

separator
Wyślij e-mailem
separator
Oceń :
(3)
ślub, dziecko, starania o dziecko, prawdziwe historie
fot. Fotolia
Był rok 2007, dokładnie 25 sierpnia. Mój najpiękniejszy dzień w życiu – ślub. Wielka radość i jednocześnie wielki stres, czy wszystko pójdzie tak, jak zaplanowaliśmy. Pamiętam ten dzień doskonale, a już minęło prawie 8 lat. Pamiętam także, że początek naszego małżeństwa nie należał do najszczęśliwszych, ponieważ oboje chcieliśmy mieć upragnione maleństwo, ale niestety jakoś nam nie wychodziło. A powiem szczerze, że nie próżnowaliśmy... Półtora roku starań o dziecko i niestety nic, żadnej ciąży. Stwierdziłam, że musimy razem pójść do mojego ginekologa. Umówiliśmy się na wizytę, na której opowiedzieliśmy lekarzowi o swoich obawach. Pan doktor wysłuchał nas i skierował mnie na badanie, by sprawdzić drożność jajników. Okazało się, że wszystko jest w porządku i trzeba szukać dalszej przyczyny. Na kolejne badanie skierował męża. To było badanie nasienia, które wykazało, że mąż jest prawdopodobnie bezpłodny. W tej sytuacji musieliśmy zgłosić się do kliniki leczenia bezpłodności.
Zobacz: Co zabrać ze sobą do kliniki leczenia niepłodności?

Leczenie niepłodności

Wybraliśmy klinikę Gameta, która znajduje się w Łodzi. Tam profesor wysłuchał nas, spojrzał na wyniki badań i powiedział, że powinniśmy jeszcze raz powtórzyć badanie nasienia, bo jest bardzo złe. Tym razem wyniki były idealne. Profesor umówił nas na kolejną wizytę, gdy zaczną mi się dni płodne. Niestety, USG narządu rodnego (robione dopochwowo) wykazało, że moje pęcherzyki są dość małe, zbyt małe, by zostały zapłodnione. Lekarz przepisał mi leki na powiększenie pęcherzyków. Miałam je brać od pierwszego dnia miesiączki. Zapisano nas też na kolejną wizytę, przed którą musieliśmy się dużo przytulać. Chodziło o to, by sprawdzić, czy poziom kwasowości w pochwie nie zabija plemników. Po pobraniu nasienia z pochwy okazało się, że niestety plemniki mają bardzo krótką żywotność i za szybko umierają. Rozwiązaniem sytuacji miała być inseminacja.
Przeczytaj: Plemniki na start!

Badania nasienia i USG

I znów kolejna wizyta i wielkie rozczarowanie. Okazało się, że nasienie męża nie nadaje się do inseminacji. Za to moje pęcherzyki były już wreszcie gotowe do zapłodnienia. Był smutny powrót do domu i kolejny długi miesiąc czekania na kolejną wizytę. Gdy minął ten długi miesiąc, pojechaliśmy do kliniki. Lekarz zrobił mi dopochwowe USG i stwierdził, że nie ma na co czekać, bo pęcherzyki mają idealny rozmiar i trzeba jak najszybciej zrobić tą oczekiwaną inseminację. Tym razem badanie nasienia było jeszcze gorsze niż poprzednio, więc musieliśmy się zapisać na kolejną wizytę. Gdy wracaliśmy do domu nie odezwaliśmy się z mężem do siebie ani słowem – po prostu nie mieliśmy już sił. Zresztą o czym mieliśmy rozmawiać? O naszej porażce? O naszym pechu?
Obejrzyj film: Trudne rozmowy o męskiej niepłodności

Chwile załamania

Po powrocie do domu każde z nas wzięło prysznic, zjedliśmy kolację wymieniliśmy parę słów i położyliśmy się spać. Nie mogłam zasnąć, zadawałam sobie pytanie: dlaczego mamy takiego pecha? Mąż też nie spał tylko cicho wzdychał. Postanowiłam przytulić się do niego, pocieszyć, by nie czuł się winny. Znam go jak własną kieszeń i wiem, że się o to wszystko obwiniał. Gdy tak się przytulałam, mąż w końcu się do mnie odwrócił i te nasze czułości skończyły się bardzo upojną nocą. Minął miesiąc i kolejny okres spóźniał mi się o 10 dni. Cały czas brałam leki i byłam pewna, że to przez nie spóźnia mi się miesiączka.

Zaskakujący wynik testu ciążowego

Coś mnie jednak tknęło i kupiłam test ciążowy. Szybciutko go zrobiłam. Gdy spojrzałam na niego, ujrzałam wymarzone dwie czerwone kreski. Zaczęłam płakać jak małe dziecko, bo własnym oczom nie wierzyłam, że test jest pozytywy. Gdy doszłam do siebie i przestałam płakać z radości, poszłam do sklepu i kupiłam maluśkie, dziecięce skarpetki, które zapakowałam w ozdobną torebeczkę. Wróciłam szybciutko do domu i czekałam na powrót męża. Gdy przyszedł, podałam mu obiad i czekałam aż zje. Kiedy skończył, podeszłam do niego i dałam prezent. Wyjął malutkie skarpetki koloru białego i test ciążowy. Podszedł do mnie, przytulił i powiedział: „Dziękuje, kochanie". Potem razem zaczęliśmy płakać ze szczęścia. Obdzwoniliśmy najbliższą rodzinę, która od początku z nami była, która nas zawsze wspierała i trzymała mocno kciuki. Po dziewięciu miesiącach urodziłam piękną, upragnioną, zdrową córeczkę, która dziś ma 5,5 roku i charakter tatusia. A gdy córeczka miała 12 miesięcy, urodziłam synka. Oboje urodzili się w grudniu. Juleczka 7.12.2009 a Karolek 31.12.2010, także mamy zimowe pociechy.
Moja rada jest taka: nigdy nie można się poddawać, trzeba walczyć do końca. My mieliśmy to szczęście, że na nasze pierwsze maleństwo nie czekaliśmy zbyt długo (choć te 1,5 roku wydawało się wiecznością). Drodzy przyszli rodzice, jeśli uda wam się zajść w pierwszą ciążę, od razu starajcie się o drugie maleństwo, będzie łatwiej. Pozdrawiam i życzę powodzenia

Jestem szczęśliwą mamą Juleczki i Karolka


Praca nadesłana przez Magdalenę Stawską na konkurs: Udało się! Jesteśmy rodzicami!
separator
Wyślij e-mailem
separator separator
Komentarze (0)
avatar
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?