Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Prawdziwe historie: walczyli o życie naszego dziecka

| 02.03.2015, aktualizacja: 02.03.2015 | 0

Jestem matką wspaniałych dwóch chłopców. Przy narodzinach pierwszego męża nie było, natomiast podczas drugiego porodu mąż był przy mnie. Wsparł mnie w najtrudniejszych momenatach. Przeczytaj historię Lidii.

separator
Wyślij e-mailem
separator
Oceń :
(18)
Karetka popgotowia na sygnale
fot. © kichigin19 - Fotolia.com

Pierwszy poród

Pierwszy poród pamiętam doskonale. Przez całą ciążę czułam się świetnie, jedynie pod koniec zaczęłam mieć problemy z brzuchem - był twardy. Trafiłam do szpitala, dostawałam leki na podtrzymywanie ciąży. Niestety przed wyznaczonym terminem porodu odeszły mi wody płodowe. Urodziłam zdrowego, silnego syna (ważył niecałe trzy kilogramy). Radość ogromna, mąż wniebowzięty. Żałował tylko, że nie zdążył na poród - jest instruktorem nauki jazdy i w tym czasie był w pracy. Jednak mimo tego, że nie  było go przy mnie podczas porodu, świetnie spisał się jako ojciec. Bardzo pomagał mi w opiece na dzieckiem. 

Walka o dziecko

Drugi poród znacznie bardziej zapadł mi w pamięć. Poszłam do lekarza na rutynową kontrolę (byłam w 5. miesiącu ciąży), by sprawdzić, czy dziecko się prawidłowo rozwija. Po badaniu lekarz przekazał mi straszną wiadomość - zagrożone jest życie dziecka. Dostałam skierowanie do szpitala. Pełna obaw pojechałam karetką do szpitala. Na miejscu lekarze postanowili mnie zatrzymać... na dwa miesiące. Musiałam przez cały czas leżeć. Byłam pełna obaw - bałam się o nienarodzone dziecko, martwiłam się o pierwszego syna, który został w domu z tatą. Zastanawiałam się, czy sobie beze mnie poradzą. 

Drugi poród

Pewnego dnia (w 7. miesiącu ciąży) zagorączkowałam, pojawiły się silne bóle brzucha. Na szczęście w tym czasie przyszedł odwiedzić mnie mąż. Gdy zobaczył w jakim jestem stanie, szybko pobiegł po lekarza. Ten kazał nam czekać do obchodu - mojego lekarza prowadzącego nie było, wyjechał na wizytę, a ten lekarz nie wiedział co ma zrobić. Po jakimś czasie lekarz wrócił, wziął mnie na badanie. Bóle zaczęły się nasilać, zaczęły odchodzić zielone wody płodowe. Na szczęście wokół mnie było wiele osób, którym zależało na mnie i na dziecku. Lekarze, położne i przede wszystkim mąż. Dzięki nim moje dziecko przeżyło. Podjęto szybką decyzję o cesarskim cięciu, reanimowano syna, a nawet ochrzczono go (tak na wszelki wypadek). Zrobiła to położna, nadał mu imię Marek. 

Nasze dziecko przeżyło

Mimo strasznych początków, wszystko dobrze się skończyło. Tym razem mąż mógł być przy mnie. Bardzo mi pomógł. Poza tym, jako pierwszy widział nasze dziecko - ja byłam pod narkozą. Był przy tym, gdy karetka zabierała nasze dziecko do szpitala specjalistycznego w Poznaniu. Maluszek walczył tam o życie przez trzy miesiące. Jestem wdzięczna lekarzom, że zrobili wszystko, by ratować moje dziecko. 
Po trzech trudnych miesiącach synek wrócił do domu .Zaczęła się mozolna i długa rehabilitacja, by dziecko wróciło do normalnego życia. Trwało to długo, ale było warto. Synek, choć nie powrócił całkowicie do zdrowia, żyje i każdego dnia daje nam niesamowitą radość. Jesteśmy szczęśliwą rodziną, cieszymy się z każdego dnia. A ja cieszę się, że w tych trudnych momentach mogłam liczyć na mojego męża.

Praca nadesłana przez Lidię Gonerą na konkurs "Prawdziwe historie ciążowo-porodowe" (edycja lutowa). 
 
separator
Wyślij e-mailem
separator separator
Komentarze (0)
avatar
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?