Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Prawdziwe historie: wiedziałam, że coś się dzieje, ale lekarze mi nie wierzyli

| 21.12.2014, aktualizacja: 21.12.2014 | 1

Wszystko było dokładnie zaplanowane. Miałam urodzić zdrową córeczkę z uśmiechem na ustach. Niestety ten uśmiech szybko zniknął z moich ust. Przeczytaj historię Darii.

separator
Wyślij e-mailem
separator
Oceń :
(5)
kobieta w ciąży, ciężarna, schody
fot. © DN6 - Fotolia.com

Wszystko było zaplanowane

Julia miała przyjść na świat 31 sierpnia. W szpitalu po remoncie, renowacjach, wielkich zmianach w podejściu do pacjentki. Zwiedziłam oddział jeszcze w trakcie trwania ciąży. Sale były piękne, góra trzy łóżka, z łazienkami. Personel wydawał się miły i profesjonalny, zgodzili się na poród rodzinny. Cudownie. Do 31 sierpnia.

W dniu porodu trzeba się uśmiechać

Tego dnia w sobotę od rana miałam skurcze regularnie co 10 minut, czekaliśmy tylko na częstsze skurcze. Kiedy trafiłam na porodówkę, wszyscy byli pod wrażeniem tego, że przy tak częstych i mocnych skurczach ja się uśmiecham. Moim zdaniem kobieta rodząca, która czeka na swoje dziecko z utęsknieniem w tym właśnie dniu powinna uśmiechać się najbardziej. 
Nagle wszystko się zatrzymało, rozwarcie 1,5 cm, skurcze ustały. "Dziś nie rodzimy". Nawet nie przyszło mi do głowy wykłócanie się z lekarzem, chociaż od 5 godzin miałam skurcze co 3 minuty. Termin miałam na dziś, więc muszę dzisiaj urodzić. 

Chciałam wywołać poród

Położyli mnie na sali, partner pojechał do domu. Leżałam w nocy pełna pytań, niepewności. Następnego dnia po rozmowie z lekarzami byłam skłonna zmienić szpital, ale uspakajali, że to nerwy, że wszystko jest dobrze. Dziecku nic się nie dzieje, po prostu trzeba czekać. Czekałam. 
W poniedziałek zaczęłam wchodzić po schodach, skakałam na piłce, skurcze miałam co jakiś czas, coraz bardziej bolesne, płakałam, nagle ze szczęśliwej kobiety oczekującej na dziecko stałam się górą łez i bólu. Gdy o godzinie 17.00 położyłam się spać, obudziłam się dopiero na drugi dzień, w swoje urodziny. Razem z partnerem mówiliśmy do brzuszka, że może dzisiaj się pojawi, taki prezent dla mamy
Nie miałam siły chodzić bolał mnie krzyż, nie wiedziałam co się dzieje, ciągle ktoś mi powtarzał, że na pewno urodzę dzisiaj i tak przez trzy dni, badania, niepewność. Wieczorem zadzwoniłam do mamy powiedziałam, że jak nic jutro nie zrobią będę chciała zmienić szpital. 

Po co ta panika?!

Obudziłam się nad ranem z ogromnym bólem brzucha, poszłam do położnej, zrobiła mi badania, wezwała lekarza. Lekarz po badaniu zabrał mnie na USG, pokazał mi małą Julię i powiedział: "Po co ta panika. Widzi Pani jak jej tam dobrze, niech Pani nie zmusza jej na siłę do wyjścia". Płakałam długo, później zasnęłam. Po przebudzeniu zadzwoniłam do partnera, że dzisiaj urodzę, choćby nie wiem co, że nasza Julia od soboty mnie prosi, abym jej pomogła wyjść na świat, a ja zachowuje się jak zła matka i nie reaguje. Poprosiłam, by przyjechał wieczorem. Nie zjadłam obiadu, poszłam się umyć, nie pamiętam, co się wtedy wydarzyło. Nie zdążyłam wejść pod prysznic, szybko zarzuciłam na siebie koszulę i pobiegłam na porodówkę.

Wreszcie ktoś mnie wysłuchał

"Niech Pani coś zrobi, błagam coś jest nie tak" - prosiłam. Kazała mi się położyć. Po podłączeniu do KTG wszystko nagle zaczęło dziać się w przyspieszonym tempie. Lekarz, który mówi, że musimy zrobić cesarkę, położna przebierająca mnie w koszulę, anestezjolog tłumaczący mi coś o znieczuleniu, podpisywanie mnóstwa papierów. Byłam sama. Bałam się. Kiedy po podaniu znieczulenia, kładli mnie na stół, trzęsłam się jak osoba z chorobą Parkinsona. To nie tak miało być, co się dzieje z Julią?! W lampie widziałam wszystko, cięcie, krew, rozprucie, i wyciągnięcie mojej Perełki. Gdy zapłakała, ja też płakałam... ze szczęścia. Mała żyje.

Urodziła się z pomocą lekarzy

Wyciągnęli ją z zielonych wód płodowych. Jednak żyła, to było najważniejsze. Po położeniu mnie na sali pooperacyjnej, prosiłam, aby mi ją przynieśli, że chce ją przytulić, zobaczyć. Nie pozwolili mi. Jedyną osobą, która przy niej była był jej tata. Po tym wszystkich powiedziałam sobie, że długo tu nie pobędę, wstanę na nogi i zabiorę ją stąd. 
Nie było to łatwe, ból był ogromny, miałam jednak dla kogo zacisnąć zęby. Urodziła sie w środę 4 września 2013 roku. Mierzyła 57 cm, ważyła 3850 g. Zdrowa, piękna Julia. W sobotę wyszliśmy ze szpitala, całą rodziną, zdrowi i szczęśliwi. 
Opis ten zapewne nie jest najpiękniejszym porodem. Na pewno nie takim o jakim się marzy. Przez to wszystko, co wtedy przeszłam wiem, że Julia będzie moim jedynym dzieckiem. Jednak mimo bólu, niepewności był to mój najszczęśliwszy dzień w życiu, na świat przyszła moja największa miłość. Moja Perełka. 

Praca nadesłana przez Darię na konkurs "Prawdziwe historie ciążowo-porodowe" (edycja grudniowa). 
separator
Wyślij e-mailem
separator separator
Komentarze (1)
avatar

Joanna
Joanna | 2015-02-05 12:32 Zgłoś komentarzZgłoś komentarz do moderacji

Dobrze, ze wszystko dobrze się skończyło. Moja siostra miała małe rozwarcie i nie mogła sama urodzić, jednak lekarz się uparł, ze ma rodzić sama no i urodziła, ale dziecko opiło się wód w musiała z nim jeździć do Międzylesia. Długie godziny ćwiczeń przyniosły efekty, ale chłopiec jest nadpobudliwy i ma problemy z koncentracją. Ja na szczęście miałam dość lekki poród i bez większych komplikacji, ja znowu miałam problemy z karmieniem, na szczęście już opanowałam ta sztukę, podaję dziecku Vita DK żeby dostawało odpowiednie witaminy na rozwój ciałka i wierzę, że będzie rosło zdrowo.

Odpowiedz
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?