Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Prawdziwe historie: z klaunem na porodówce

| 23.10.2014, aktualizacja: 24.10.2014 | 0

Gdy opowiadam tę historię, nikt nie chce mi wierzyć. A jednak to prawda. Rodziłam z klaunem na porodówce. Przeczytaj historię porodu Małgorzaty.

separator
Wyślij e-mailem
separator
Oceń :
(5)
noworodek
fot. archiwum prywatne
Moja ciąża przez 9 miesięcy przebiegała bez żadnych komplikacji. Czułam się świetnie, prowadziłam aktywny tryb życia i nie mogłam doczekać się porodu. Wiele kobiet w ciąży strasznie boi się tego momentu, ja wręcz przeciwnie, porodu się nie bałam – bałam się jedynie tego, czy zdążę dojechać na czas do szpitala. 
Kiedy byłam już tydzień po terminie, 1 października, w nocy, zaczęły mi się skurcze co pół godziny. Stwierdziłam to chyba fałszywy alarm. Nad ranem skurcze się nasiliły i pojawiały się już co 15 minut. "Oho" – pomyślałam – "trzeba jechać do szpitala". Więc wzięłam w rękę spakowaną torbę i zamówiłam taksówkę (mąż wyjechał w delegację, a ja byłam sama w domu). Zdążyłam zadzwonić do męża, aby powiedzieć mu, że już się zaczęło. A on ze stoickim spokojem, uspokajał mnie i zapewniał, że się mną zaopiekuje... "na odległość". Nie zrozumiałam zbytnio, o co mu chodzi. 

Cyrk na kółkach

Miałam już wybraną firmę przewozową, ponieważ mąż wcześniej o to zadbał i powiedział, że ta firma będzie gotowa o każdej porze dnia i nocy, żeby po mnie przyjechać, wystarczy, że zadzwonię. Taksówka miała przyjechać za 3 minuty, ponieważ wyjaśniłam pani przy słuchawce, w jakiej jestem sytuacji, że rodzę, więc wyszłam przed dom i czekałam. Aż tu nagle, pod mój dom, podjeżdża taksówka wielkości dużego busa w kolorze "wściekło-różowo-niebieskim" z balonami i serpentynami przy lusterkach. Moje zdziwienie było widać – nie spodziewałam się takiego cyrku, zwłaszcza, że sąsiedzi zbiegli się obok mnie i każde z nich zaczęło mnie pocieszać i dodawać otuchy (przyznaję, było to trochę męczące). Bałam się, że nie zdążymy do szpitala

Miało być szybko i bez ceregieli 

Taksówkarz, przebrany za lekarza, pomógł mi wejść do taksówki, sadzając mnie na fotelu usłanym płatkami róż i smoczków. Z taksówki wysiadł także klaun, który miał umilać mi podróż do szpitala (był obładowany masą kartonów-prezentów, kwiatków i balonów). Złamaliśmy wiele przepisów ruchu drogowego; wjeżdżaliśmy tam, gdzie są zakazy wjazdu. Podczas jazdy taksówkarz włączył megafon i koguta, i przez całą drogę komunikował, że w taksówce jedzie kobieta w ciąży, która spieszy się na porodówkę. W tle leciała jakaś piosenka: "Och jak przyjemnie, że jadę sobie tam, gdzie szybko tam urodzę bo dziecko w drodze już". 

Klaun na porodówce

W ogóle mi to nie pomagało podczas podróży, a wręcz denerwowało. Jednak po 10 minutach jazdy melodia tak wpadła mi w pamięć, że na porodówce nuciłam ją pod nosem. Położna kazała mi przestać śpiewać, bo nie mogła się skupić. Nie wiem jak to się stało, że na porodówkę wpuścili ze mną klauna, który wygłupiał się, pajacował, a ponadto włączył skype’a w telefonie, żeby mąż był ze mną non stop. 
I tak urodziłam w cztery godziny pięknego syna o imieniu Marek. Gdy opowiadam tę historię, nikt nie chce mi uwierzyć. A to wszystko sprawka mojego wspaniałego męża, który zawsze potrafi mnie zaskoczyć. Każdej kobiecie życzę takiej podróży do szpitala i tak wesołego porodu.

Historia została nadesłana przez Malgorzatę na konkurs "Podziel się z nami swoją historią ciążowo-porodową" (edycja październikowa).
 
separator
Wyślij e-mailem
separator separator
Komentarze (0)
avatar
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?