Babyonline.pl
 
 
Gry
Rozwiń menu

Prawdziwe historie: Prezent dla całej rodziny

| aktualizacja: 17.07.2014 | 0

Planowaliśmy poród rodzinny, jednak los pokrzyżował nam plany... Ja cierpiałam w samotności, teściowa się darła, a mąż krążył po mieście przebrany za świętego Mikołaja. Przeczytaj historię porodu Katarzyny.

separator
Wyślij e-mailem
separator
Oceń :
(1)
mama, dziecko
fot. Fotolia
Nie wiem, czy powinienem iść. – Andrzej patrzył na mnie pełnym niepokoju wzrokiem.
– Musisz! – powiedziałam z naciskiem. – Dzieci byłyby rozczarowane, gdyby Mikołaj o nich zapomniał.
– Jesteś pewna, że moje własne dziecko zgodzi się poczekać?
– Nie martw się, poczeka. Jest przecież umówione na 7 stycznia – roześmiałam się. – Zresztą sam spytaj, czy mu się spieszy.
Andrzej przystawił ucho do mojego ogromnego brzucha i przez chwilę udawał, że nasłuchuje. Potem się wyprostował, cmoknął mnie czule w policzek, zamienił kilka słów z mamą i wyszedł. Pojechał bawić się w świętego Mikołaja.

Mąż był Świętym Mikołajem a ja czekałam na poród

„Zabawa w świętego Mikołaja” – tak zawsze o tym mówiliśmy – zaczęła się jeszcze podczas studiów Andrzeja. Zatrudniał się wtedy dorywczo do pracy w spółdzielni studenckiej: sprzątał magazyny, mył okna, pomagał w przeprowadzkach. Na czwartym roku w połowie grudnia, dostał propozycję roznoszenia prezentów dzieciom. Wypożyczył odpowiedni strój: długi, czerwony płaszcz, czapkę z pomponem i przyklejaną brodę, i w tym przebraniu chodził po domach, udając Gwiazdora.
Andrzej tak polubił swoje zajęcie, że bawił się w świętego Mikołaja każdego roku. Nie chodziło tylko o pieniądze, chociaż oczywiście ten niemały zastrzyk gotówki bardzo nam się przydawał. Dla mojego męża była to przede wszystkim frajda – myślę, że nie mniejsza niż dla maluchów, które odwiedzał. Uwielbiał dzieci i miał z nimi doskonały kontakt. Byłam przekonana, że będzie wspaniałym ojcem, a spodziewał się nim zostać już niedługo, bo właśnie w pierwszym tygodniu stycznia.

Przy wieczerzy zaczęły się bóle porodowe

Za kilka godzin mieliśmy zasiąść do wigilijnej kolacji. Prawie wszystko było już gotowe: karp w galarecie, barszcz z uszkami, kapusta z grzybami. Z piekarnika rozchodził się zapach makowca. Pozostała do zrobienia sałatka jarzynowa i kutia – przysmak Andrzeja. Nagle poczułam silny ból w krzyżu. „To nic – pomyślałam – po prostu jestem zmęczona”. Kiedy jednak ból nie ustępował, zaniepokoiłam się.
– Mamo, chyba się zaczyna – jęknęłam.
Teściowa przyjrzała mi się uważnie.
– Rzeczywiście wyglądasz nietęgo – potwierdziła. – Kazik!
– krzyknęła w stronę siedzącego przed telewizorem teścia. – Ubieraj się i leć po Andrzeja. Kasia rodzi!
Dzięki Bogu, Andrzej zostawił nam kartkę z adresami, pod które miał dzisiaj dotrzeć.
– Nie mogę wziąć komórki – tłumaczył przed wyjściem. – Co bym powiedział dzieciakom, gdyby nagle zaczęła dzwonić?
W razie czego macie adresy, gdyby coś się działo, bez problemu mnie znajdziecie.
Przerażony teść założył kożuch, chwycił pozostawioną przez Andrzeja kartkę i ruszył na poszukiwania.
Spakowałam do torby ręcznik i przybory kosmetyczne. Potem wzięłam prysznic i przebrałam się. We wszystkim pomagała mi teściowa, sama nie byłam w stanie nawet stać. Bolał mnie już nie tylko krzyż, ale także brzuch. Położyłam się na tapczanie i czekałam na powrót męża. Czas dłużył mi się niemiłosiernie.
Miałam wrażenie, że z każdą minutą bóle się nasilają. Zmęczona wreszcie trochę się zdrzemnęłam. Kiedy otworzyłam oczy, na dworze było już ciemno.

Skurcze są a męża nie ma

Z przerażeniem stwierdziłam, że skurcze powtarzają się regularnie co pięć minut.
– Mamo! – krzyknęłam. – Ja chyba dłużej nie wytrzymam!
– Zadzwonię po taksówkę i zawiozę cię do szpitala – zdecydowała teściowa.
Nagle usłyszałam łomot na klatce schodowej. Uchyliły się drzwi i do mieszkania wtoczył się teść. Był kompletnie pijany, ledwo trzymał się na nogach.
– Gdzie jest Andrzej? – ryknęła teściowa.
– Nnnie… znalazłem go – wystękał teść. – Ale za to przyniosłem coś innego – sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej pluszowego słonika. – To dla dziecka.
O, i jeszcze to, i to... – wyjmował jedną maskotkę po drugiej.
Z jego nieskładnej opowieści niewiele udało nam się zrozumieć. Tylko tyle, że pod pierwszym adresem nie było Andrzeja, za to gospodarze, rozczuleni historią o rodzącym się właśnie dziecku świętego Mikołaja, ugościli szczęśliwego dziadka wódką, a na pożegnanie wręczyli mu prezent „dla dzidziusia”.

Zobacz także: Prawdziwe historie: To jest Twój syn.

separator
Wyślij e-mailem
separator separator
Komentarze (0)
avatar
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?