Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

SOR to nie przychodnia – mówią lekarze z warszawskiego szpitala dla dzieci

| 02.02.2015, aktualizacja: 05.02.2015 | 0
separator
Wyślij e-mailem
separator
Oceń :
(4)
Szpitalny oddział ratunkowy Niekłańska
fot. Małgorzata Mikołajczyk
Kiedy jechać na SOR, a kiedy do przychodni? Co robić w szpitalnej poczekalni, a czego absolutnie nie? Przeczytaj wywiad z lekarzami ze Szpitalnego Oddziału Ratunkowego z dziecięcego szpitala przy ul. Niekłańskiej.
Niemowlęta z katarem. Maluchy z biegunką.  Tłum dzieci z podejrzeniem owsików, kilku pijanych nastolatków – a między nimi kilkoro dzieci, które naprawdę powinny się tutaj znaleźć. Szpitalny Oddział Ratunkowy (SOR) w dziecięcym szpitalu przy ul. Niekłańskiej* to miejsce, które zna każdy rodzic w Warszawie. Nie każdy jednak wie, kiedy powinien zgłosić się tutaj ze swoim dzieckiem, a kiedy nie, Wielu błędnie traktuje SOR jak rejonową przychodnię.

Z jakimi kłopotami powinniśmy tu przyjechać? Jak można przygotować się przed przyjazdem? Czego nie wolno robić w poczekalni? Odpowiada dr Jerzy Wassermann, specjalista chirurgii dziecięcej i ordynator oddziału, oraz dr Marzenna Koszańska, specjalista pediatrii.

Jakie dzieci trafiają do Państwa na oddział?

JW: Absolutnie wszystkie rozpoznania świata. Wrośnięty kolczyk w uchu, gorączka, wszelkie możliwe biegunki, wymioty i bóle brzucha. Albo np. stare zaniedbane oparzenia, które powinny być leczone w poradni chirurgicznej. Na szpitalny oddział ratunkowy powinni trafiać tylko ci pacjenci, którzy wymagają hospitalizacji, choć my przyjąć musimy wszystkich. Mogę śmiało zaryzykować stwierdzenie, że z dziesięciorga dzieci, jakie w tej chwili siedzą w naszej poczekalni, tylko jedno powinno tu być. To nie zawsze jest kwestia złej decyzji rodziców dziecka. Często są niepotrzebnie do nas kierowani przez lekarzy rodzinnych.

Dlaczego?

JW: Wina leży po stronie systemu. Każdy z nas musi mieć lekarza rodzinnego, który ma płacone od tzw. stawki kapitacyjnej, czyli otrzymuje roczną pulę pieniędzy na każdą osobę, która wybrała go na swój „pierwszy kontakt”. Z tej puli lekarz rodzinny musi jednak pokryć też koszty zleconych przez siebie badań,
a to oznacza, że każde wypisane przez niego skierowanie np. na USG, morfologię krwi, badanie moczu zmniejsza jego pensję. Jaki więc ma on interes, by faktycznie leczyć zapisanych do niego pacjentów? Wielu lekarzy rodzinnych woli wysyłać pacjentów do szpitala, bo to ich nic nie kosztuje. Nie ma u nas takiego systemu jak np. w Wielkiej Brytanii, gdzie lekarz merytorycznie i finansowo odpowiada za skierowanie do szpitala. W Polsce każdy lekarz może wypisać takie skierowanie z czym tylko chce: bólem brzucha, bólem gardła itd.

MK: Dobrze rozumiem że np. w piątek dla bezpieczeństwa dziecka lekarz skieruje je na szpitalne badania. Dzięki temu nie trzeba będzie czekać na wyniki do poniedziałku, co często byłoby już za późnym terminem. Szpitalny oddział ratunkowy to jedyne miejsce, gdzie można badania wykonać szybko i gdzie znajdzie się ktoś, kto obejrzy ich wyniki. Ale tak jak rozumiem piątkowe skierowania, to już tych wtorkowych czy środowych kompletnie nie.

Czy dziecko zawsze potrzebuje skierowania na SOR?

MK: Nie, oczywiście, że nie. Jest dużo sytuacji kiedy rodzic powinien jechać prosto do nas, bez zahaczania o przychodnię albo nocny czy świąteczny dyżur lekarski. Dziecko z dusznościami powinno trafić do nas jak najszybciej. Maluch z koralikiem w nosie czy uchu – też. Ale już np. zwykły ból ucha powinien załatwić lekarz w przychodni. Każdy pediatra ma obowiązek zajrzeć do uszu dziecka i powinien mieć do tego sprzęt, jednak te wytyczne pochodzą dopiero sprzed 10 lat, więc część starszych lekarzy nie wie, jak to ucho badać – i wysyła dzieci do nas. Na pewno na SOR nie powinno też trafić dziecko, które raz czy dwa razy zwymiotowało albo miało jedno czy dwa luźne wypróżnienia. Nieraz rodzice tłumaczą mi w gabinecie: „Przyjechaliśmy, bo nasze dziecko ma biegunkę i boimy się, że się odwodni”. Dobrze, że mają świadomość ryzyka, ale przecież biegunka nie zawsze oznacza odwodnienie. Jeżeli dziecko nie wymiotuje non stop i jest w stanie przełknąć trochę wody, to nie trzeba z nim nigdzie jechać, tylko podać mu picie w domu.

JW: Naszą działką są też wszelkie urazowe sytuacje: rany, oparzenia, złamania kończyn. Przywożone są do nas dzieci z wypadków, maluchy z silnymi, nagłymi bólami albo te z podejrzeniem wstrząśnienia mózgu, np. po upadku z przewijaka. Żeby już na etapie rejestracji oddzielić poważne przypadki od tych, które mogą trochę poczekać, wprowadziliśmy u nas tzw. system triage.

Na czym on polega?

JW: Każdy pacjent podczas rejestracji trafia najpierw do pielęgniarki, która dokonuje triage’u, czyli zbiera wywiad i mierzy podstawowe parametry życiowe, np. ciśnienie tętnicze. Na podstawie tego ustawia „kolor pacjenta”. Powierzchowny uraz palca sprzed dwóch dni to kolor granatowy, oznaczający, że dziecko może czekać na przyjęcie do gabinetu nawet kilka godzin. Świeża rana łuku brwiowego to kolor pomarańczowy, czyli już o wiele krótszy czas oczekiwania. Nieprzytomne dziecko z wypadku, maluch z rozległymi oparzeniami albo ranami to kolor czerwony oznaczający absolutne pierwszeństwo w kolejce. Dzięki temu systemowi u nas jest inaczej niż w rejonowych przychodniach, gdzie ktoś, kto przyszedł rano z lekką chorobą, wejdzie do lekarza wcześniej niż niemowlę przelewające się przez ręce i potrzebujące szybszych oględzin.

Czytałam, że w 2013 r. SOR przy Niekłańskiej przyjął 47 tysięcy dzieci.

JW: W 2014 r. było jeszcze więcej pacjentów: ok. 51 tysięcy. Dziennie przyjmujemy 100–200 dzieci.

MW: Do niedawna mogliśmy powiedzieć, że najcięższy dla nas jest poniedziałek i piątek, a środek tygodnia jest względnie litościwy. Teraz trudno mi zauważyć jakikolwiek rytm. Coraz rzadziej zdarza się nam dzień, który możemy nazwać w miarę spokojnym. Dyżur w czwartek jest już tak samo intensywny jak w piątek. W weekendy jest jeszcze gorzej niż w ciągu tygodnia.

Przez cały dzień na SOR-ze jest tłum. Jak jest nocą?

JW: Gorzej. Zdecydowanie noce są tutaj trudne do wytrzymania. Nasza ratunkowa pediatria nie ma nocą nawet chwili odpoczynku. W części chirurgicznej, w której ja pracuję, jest trochę spokojniej, nawet w sezonie saneczkarskim nie jest aż tak źle. Najgorsze są kwiecień, maj i czerwiec: to miesiące urazów, rowerków komunijnych, ognisk, w które dzieci wpadają… Oczywiście bez względu na porę roku mamy tutaj co tydzień do czynienia z syndromem piątkowej nocy, kiedy pogotowie dostarcza nam pijanych nastolatków.

MK: Dzień jest generalnie lepszy niż noc, bo my sami jesteśmy w lepszej formie. Powiem jednak szczerze, że paradoksalnie noce, podczas których dzieje się coś, co nakręca nam adrenalinę, są przez nas odczuwane jako lżejsze niż te, kiedy rodzice przywożą dzieci z byle czym, sądząc, że nocą nie będzie tutaj kolejki. Liczą na to, że jak przyjadą z przeziębionym dzieckiem o 4.00 rano, to zostaną przyjęci do lekarza od razu – co oczywiście często jest błędnym myśleniem, bo akurat nad ranem zaczynają się przecież zapalenia krtani i pogotowie zwozi do nas duszące się dzieci, które na pewno zostaną przyjęte w pierwszej kolejności. Często gdy widzę takich sprytnych rodziców, rodzi się we mnie przekonanie, że taka „troska” to rodzaj znęcania się nad dzieckiem, bo jak inaczej można nazwać zrywanie je ze snu i przywożenie do nas tylko po to, by rano uniknąć kolejki w rejonowej przychodni?

separator
Wyślij e-mailem
separator separator
Komentarze (0)
avatar
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?