Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Tamta mama

W czasie deszczu dzieci się nudzą, więc w pewien mokry dzień zaprosiła mojego syna mama Michałka. Udaliśmy się z wizytą uzbrojeni w prezent. Kuba chciał koledze kupić torbę żelków wielkości tornistra, ale udało mi się wyperswadować mu ten pomysł. Stanęło na książce z przygodami pewnego zielonego żółwia. Literatura dla dzieci obfituje w faunę eksperymentalną typu żółw jeżdżący na rowerze, niedźwiedź podróżujący pociągiem, mysz szykująca się do zamążpójścia czy lis w okularach. Na szczęście pozostają książki Astrid Lindgren, w których bohaterami są zwykłe dzieci mieszkające w zwykłym domu.

Entuzjazm Michałka na widok książeczki był, delikatnie mówiąc, skromny, ale chłopaki bawili się świetnie. Udało im się nic nie stłuc, nie zalać, nie pobić się i nie spalić mieszkania. W czasie, w którym Kuba odkrywał zabawki i gry Michałka, których w swoim domu nie ma (wy mi nic nie kupujecie!), ja bawiłam się z mamą Michałka. Siedziałam na łóżku i piłam aromatyczną kawę z ekspresu, a nade mną stała mama Michałka ledwo widoczna zza deski do prasowania. Pokój wypełniały dwie piramidy ubrań. Jedna składała się z tych wyprasowanych i idealnie złożonych, druga z tych zdjętych ze sznura do suszenia. Tak równo poskładane ubrania widziałam tylko w eleganckich sklepach z klimatyzacją.

Cudownie było raczyć się kawą, patrząc jak koleżanka męczy się nad deską, a w powietrzu unosi się przyjemny zapach gorącej bawełny oraz bulgot żelazka. Lubię oglądać sport w telewizji, siedząc na kanapie i pijąc piwko pszeniczne. Zawodnicy pocą się i stresują, trenerzy nerwowo żują gumę, martwiąc się o kontrakty, a ja oceniam ich wysiłki. Tutaj podobnie. Mama Michałka sięga po majtaski synusia, potem jego koszulki i bluzy, ja zaś nic, tylko rozpieram się na kanapie niczym odaliska i chwalę efekty. Spodnie w kancik. Nagle się zasfrasowałam. Żelazko? Kiedy ja ostatni raz miałam w ręku żelazko? To musiała być połowa lat dziewięćdziesiątych minionego wieku. Wtedy to prasowałam sobie białą bluzkę na obronę pracy magisterskiej. Mój syn nosi wyciągnięte bluzy, dżinsy jakoś „prostują” się na nim. Kupujemy mu rzeczy bez formy albo używane. Tworzą materię, która nie przyciąga wzroku swą niewyprasowalnością. Tata Kuby wyciąga żelazko z szafy tylko w te dni, gdy musi założyć koszulę – święta i wernisaże.

Zafrasowałam się jeszcze bardziej, bo przypomniała mi się mama Basi, Kasi i Soni. Prasuje trzem córeczkom, a po jej salonie nie walają się gormity, statki kosmiczne i połamane kredki. Nauczyła córeczki porządku i sama utrzymuje go z hanzeatycką dyscypliną. My tymczasem tylko przed kolacją wzywamy Kubę, by zabrał swe zabawki do pokoju lub zgarniamy je po prostu w kąt. Przypomniała mi się natychmiast mama Jasia, która zamówiła u stolarza komodę z piętnastoma szufladami, by segregować klocki lego. Kubusia lego leżą w jednym wielkim plastikowym pudle. Jestem gorzej zorganizowana i brudniejsza niż tamte mamy.

Jestem kobietą nieprasującą. Czy syn, który ma matkę nieprasującą, też nie będzie sięgał po żelazko? A może odwrotnie? Może syn matki prasującej będzie miał lat trzydzieści pięć i w weekendy będzie podrzucał jej prasowanie – próbuję racjonalizować swe lenistwo. Nie prasuję, ale gram z synem w piłkę i staram się gotować zdrowe posiłki – pocieszam się. „A może chłopcy by coś zjedli?”, pyta nagle mama Michałka, odłączając żelazko. Serwuje im świeżo wyciskany sok z pomarańczy i własnej roboty pizzę… Tamte mamy są zwykle lepsze. W sumie to dobrze. Muszę aspirować do pierwszej ligi europejskiej niczym nasi piłkarze, których „podziwiam” z kanapy.


Tekst: Agata Passent/Syndykat Autorów.
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?