Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

To jest szantaż!

Nie dostaniesz kisielu, jeśli nie zjesz cukinii do końca. Nie wypuścimy zakładników, jeśli nie oddacie nam więźniów. Jak dostaniemy radio publiczne, to podpiszemy ustawę. Czy potrafimy dogadywać się bez szantażu? Czasami szantaż wydaje mi się genialną metodą. Stosunkowo często bywa skuteczny. I człowiek od razu czuje się lepiej, że owszem, to przemoc, ale zawsze łagodniejsza niż klaps albo zamknięcie w ciemnej łazience, albo wrzask. Szczególnie jeśli, tak jak ja, jest się osobą mało rozmowną.
 
Dobry rodzic to rodzic gaduła. Niczym zacięta płyta wydający z siebie refren typu: „Posprzątaj klocki. Dlaczego jeszcze nie posprzątałeś klocków? Takie bałaganiarstwo mi się nie podoba”. W czasie tego refrenu publiczność w postaci mojego syna przeważnie wychodzi do innej sali albo zajmuje się czymś zupełnie innym, np. waleniem kartonowym mieczem (kochany tato wyciął z pudła po grejpfrutach) w kanapę. Dlaczego aby uzyskać wyśniony efekt (posprzątane klocki, założone kapcie etc.), trzeba dziecku powtarzać tę propozycję setki razy? To koszmarne. Dlatego wielu z nas staje się patefonem, którego nikt nie słucha. Niektóre matki sprawiają wrażenie, jakby same dawno już przestały się słuchać, tylko brzęczą z przyzwyczajenia. Czy to dobra metoda, by wpoić synowi szacunek dla słowa?

Ja nie lubię mówić ludziom, co mają robić. W dodatku jako osoba pisząca przywykłam do milczenia. Miliony godzin spędzone z myślami niewypowiadanymi bardzo sobie cenię, część przelewam do komputera. Jako jedynaczka miałam luksus – nie musiałam paplać z rodzeństwem. Gdy późno w moim życiu pojawił się syn, okazało się, że wychowanie go wymusza na mnie więcej słów. A patefon ze mnie słaby.

Bardzo często dzieci i dorośli udają, że nie słyszą.
„Wiem, że nie jesteś głuchy. Następnym razem, gdy poprosisz mnie o coś, np. żebym zrobiła ci kąpiel z bąbelkami, ja też będę udawać, że nie słyszę”. Metoda ząb za ząb czasem miewa efekty. Ale jak wiemy z eksperymentów Skinnera, na pewno bodziec, jakim jest nagroda, ma większe szanse skutkować. Jeśli posprzątasz klocki, dam ci trzy rodzynki. Ponieważ metoda Skinnera redukuje dziecko do foki w cyrku (i ponieważ mam limitowaną wyobraźnię w sprawie nagród), stosujemy ją rzadko.

A co z metodą na wspólne sprzątanie? Groźna w skutkach. Kuba już niejednokrotnie migał się od sprzątania, czekając, że może ktoś posprząta z nim. Niania rzuciła się do pomocy i w efekcie zrobiła wszystko za niego. Próbowałam też metody „na przetrzymanie”. Kiedyś znajomy opowiadał mi, jak rodzice przyłapali go na paleniu papierosów w szkole. Ojciec zamknął się z nim w pokoju, otworzył okno, położył na stole paczkę gitanes’ów i kazał ją wypalić całą za jednym zamachem. W tym przypadku o dziwo poskutkowało. Znam też odwrotny – syn wypalił ze smakiem i pali do dziś. Zdarzyło mi się z moim synem siedzieć godzinę nad bałaganem w pokoju i czekać. Taka blokada nigdy jednak nie odniosła pożądanego skutku.

Sytuacja ze sprzątaniem wydawała nam się już tragiczna. Dziadek „nakablował”, że Kuba zamiast na prośbę dziadka sprzątać, odrzekł, że „nie może, gdyż patrzy na widok przez okno!”. Kilka dni później syn nagle sam poprosił mnie do pokoju, by pokazać, jak całe lego wrzucił z powrotem do pudła! – Zobacz, mamo, jak posprzątałem – powiedział z dumą. Kompletny szok. Czułam się, jakby członkowie Akademii wręczyli mi Oscara. Negocjacje są upiorne, ale owoce słodkie!


Tekst: Agata Passent/Syndykat Autorów.


X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?