Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Wybór Darii Widawskiej

| 08.05.2008, aktualizacja: 12.05.2008 | 0

„Jestem w ciąży! Sprawiam kłopoty!”. To pierwsza myśl, gdy dowiedziała się, że spodziewa się dziecka. I to niedługo po tym, jak podpisała kontrakt na udział w serialu „39 i pół”, a jej życie zawodowe naprawdę nabrało rozpędu.

separator
Wyślij e-mailem
separator
Oceń :
(0)
Czy łatwo podjąć decyzję o macierzyństwie, gdy w zawodzie aktora przerwa czasem oznacza koniec kariery, Daria Widawska opowiada Monice Kotowskiej.

– Myślałam, że rozpędzasz się w życiu. Rola w „Magdzie M.”, udział w „Tańcu z gwiazdami”. Teraz grasz w serialu „39 i pół”. A tu nagle przerwa. Dziecko. Przestraszyłaś się ciąży?
Daria Widawska:
Lęk czułam tylko raz, przed rozmową z producentami „39 i pół”. Niedługo po tym, jak podpisałam kontrakt, okazało się, że zawarłam też drugi. I to na całe życie. Zawsze byłam bardzo obowiązkowa i to krótkie, radosne dla mnie zdanie: „Jestem w ciąży”, mogło oznaczać jednocześnie, niestety: „Sprawiam ludziom kłopot”. Umówiłam się na spotkanie z producentką serialu – Justyną Pawlak. Wysłuchała mnie i spytała: „A ty, tak w ogóle, to się dobrze czujesz?”. Nie wiem, jak ona to robi, ale po pięciu minutach miała dwa pomysły na rozwiązanie sprawy. Jej spokój pozwolił mi uwierzyć, że może się udać. Wyliczyłyśmy dni zdjęciowe, zaparłyśmy się. I się udało. A tak poza tym ciąża i dziecko to nie przerwa tylko właśnie rozpęd, jakiego nigdy nie zaznałam.

– To takie proste? Urodzisz i po paru miesiącach wrócisz do pracy? Nikt nie zajmie Twojego miejsca?
Daria Widawska:
Rok temu zadzwoniła do mnie Agnieszka Wosińska. Była w ciąży, pytała, czy mogę grać za nią rolę w spektaklu. Miałam tydzień na przygotowanie sztuki. Tekstu nauczyłam się w trzy dni, choć jestem godzinę i dwadzieścia minut non stop na scenie. A kiedy Agnieszka urodziła, zadzwoniłam do niej: „Agunia, jak tylko będziesz chciała wrócić, wracasz”. Tak się dzieje, to jest dla mnie naturalne. Ale też rozumiem, co znaczy mieć w zawodzie przerwę. Osiem lat temu skończyłam Akademię Teatralną. Jako wolny strzelec związałam się z warszawskim teatrem Scena Prezentacje, czasem występowałam na innych scenach, choćby w teatrze Na Woli. Grałam dużo. Aż w pewnym momencie przyszedł zastój. I nie trwał parę miesięcy, tylko całe dwa lata. Owszem, utrzymywałam się z zawodu, ale grałam tylko stare spektakle. Skłamałabym, mówiąc, że nie przechodziły mi wtedy do głowy myśli: Czy to na pewno moja droga? Życie mi ucieka. To była zupełnie inna przerwa niż ta na macierzyństwo. Bardzo trudna.

– Stojąc w miejscu, patrzyłaś na aktorki, które szły do przodu, robiły kariery. Można wpaść w depresję.
Daria Widawska:
To na szczęście nie leży w moim charakterze. Zawsze patrzyłam na tych lepszych i na tych, którym się udaje, z myślą: Też bym tak chciała. Optymistka, szłam do przodu, aż stanęłam i coraz częściej kołatało mi po głowie: Może to jednak nie dla mnie? Aktorstwo to była pomyłka? I przekonywałam się sama, tłumacząc: Przecież ci się udało. Grasz. Cóż, że nie na etacie. Niektórzy nie mieli i tyle szczęścia. Ale nieodmiennie pojawiało się i to pytanie: Czy moja dobra passa właśnie się skończyła? Na szczęście nie byłam z tym sama.

– Sprawdzamy się nawzajem w kryzysowych sytuacjach. A Ty po siedmiu latach związku wyszłaś za Michała Jarosińskiego. To wspaniałe móc powiedzieć: „Mamy się na dobre i na złe”.
Daria Widawska:
Michała poznałam, grając w „Tygrysach Europy”, a potem był ze mną, kiedy przegrywałam castingi. Nigdy nie usłyszałam: „To jest twój problem, radź sobie”. Powtarzał mi za to w chwilach zwątpienia: „Zawód nie jest sensem twojego istnienia”. Aż przyznałam mu rację. Prawdą jest, że bez pracy nie wyobrażam sobie życia. To bez wątpienia duża jego część, ale wciąż tylko część. Jestem jedynaczką. Mama zawsze marzyła, żebym poszła w jej ślady i została prawnikiem. Wiem, jak bardzo chciała przekazać mi swoją kancelarię. Ale kiedy wysłuchiwała moich żalów, nie zdarzyło się, by powiedziała: „A widzisz? To teraz masz za swoje”. Oboje z tatą zawsze mądrze mnie wspierali. Wierzyli we mnie. Kiedy jako nastolatka płakałam z nerwów: „Mamo, nie zdam matury”. Słyszałam: „Spokojnie. A nawet jeśli? Świat się nie zawali. Zdasz w przyszłym roku”. Od bliskich zawsze dostawałam pozytywną energię. Tym razem też. Oczywiście nie wiem, co mówiłabym dziś, gdyby nic się wtedy nie zmieniło, czy trwałabym przy aktorstwie?

– A jednak się zmieniło.
Daria Widawska:
Wszystko, na co się w życiu napinałam, o czym myślałam: muszę, chcę, nie spełniało się. Nigdy! Ani miłości tak nie znalazłam, pracy, ani mieszkania. Udało się, kiedy przestałam stwarzać ciśnienia, nauczyłam się przyjmować, co niesie los. Pamiętam czas sprzed trzech lat. Gryzłam się, trwając jednocześnie w wydeptanych życiowych koleinach. Przypadkiem pojawił się nowy spektakl. I wyrwał mnie z letargu, obudził. Musiałam mieć inną energię, bo nie zliczę, po ilu już wcześniejszych porażkach wygrałam wreszcie casting. Do „Magdy M.”. Dogoniłam szczęście. A potem przyszły inne propozycje.

– Nie zdążyłaś z czymś przed narodzinami dziecka? Pomyślałaś: Tego już nie zrobię.
Daria Widawska:
Żałuję, że nie nauczyłam się włoskiego. Teraz będzie trudniej. Ale tak naprawdę jednak wciąż mam nadzieję, że mogę zrobić wszystko, jeśli tylko zechcę – kwestia organizacji i walki z lenistwem. Tak jak do tej pory będę podróżować, tylko że z dzieckiem. Wsiądę w samochód i pojadę przed siebie. Nocnego życia brakować mi nie będzie. Nigdy go specjalnie nie prowadziłam, może trochę na studiach. Po szalonej imprezie wstawałam rano, szłam na zajęcia i do tego fantastycznie się czułam. A teraz? Nawet nie wiem, czy dałabym radę? Zwyczajnie nie chce mi się sprawdzać. Dziś, zanim gdzieś wyjdę, najpierw myślę: O Boże, muszę się umalować, jakoś wyglądać, uff... (śmiech). Lubię, gdy odwiedzają nas znajomi. A pobyć dwa dni w domu, na luzie? Marzenie. Nic nie jest w stanie mnie z niego wyrwać. Chyba że Michał, do kina czy filharmonii.

– Życie domowe kwitnie. Czasem pewnie z mężem na kanapie oglądacie seriale. Zdarza mu się coś krytykować, gdy widzi Cię na ekranie?
Daria Widawska:
Michał ogląda tylko wtedy, kiedy musi, to znaczy, kiedy ja występuję. Zmuszam go do tego różnymi szantażami. Czasem słyszę: „Tu źle wyglądasz. Tak byś nigdy nie zrobiła”. Bronię się: „Halo, to przecież nie jestem ja”. Ale wbrew pozorom słucham jego uwag. Zresztą potrafimy krytykować się nawzajem. Michał jest operatorem, bywa, powiem, że coś mi się w jego zdjęciach nie podoba. Pytana, nie oszukuję. A Michał nigdy nie powiedział: „Ty się na tym nie znasz”. Nie obrażamy się na siebie. Przecież nie jesteśmy od tego, żebyśmy sobie nieustająco słodzili. Mam iść przez życie, mówiąc wciąż tylko: „Kochanie, jaki ty jesteś piękny i wspaniały?”.
separator
Wyślij e-mailem
separator separator
Komentarze (0)
avatar
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?