Babyonline.pl
 
 
Rozwiń menu

Katarzyna Klepacz, autorka bloga Dzieciaki ratują – wywiad

| 03.10.2014, aktualizacja: 14.04.2016 | 0
separator
Wyślij e-mailem
separator
Oceń :
(1)
Katarzyna Klepacz,autorka bloga Dzieciaki ratują
fot. mat. prasowe
Co zrobisz, kiedy twoje dziecko się zakrztusi i nie będzie w stanie złapać oddechu? Wiesz, jak postępować, gdy noworodek zemdleje i stanie mu serce? Blog „Dzieciaki ratują” pokazuje, że pierwsza pomoc jest... dziecinnie prosta - i że trzeba ją znać. Z autorką bloga, Kasią Klepacz, z zawodu ratowniczką medyczną, rozmawiamy o blogowaniu i ratowaniu.

Co zrobisz, kiedy twoje dziecko się zakrztusi tak bardzo, że nie będzie w stanie złapać oddechu? Wiesz, jak postępować, gdy noworodek zemdleje i stanie mu serce? Jak ratować dziecko, kiedy ściągnie na siebie szklankę z gorącą herbatą? Nie wiesz? Pierwszej pomocy nie uczą na porodówkach – a szkoda, bo wiedza, jak robić masaż serca i sztuczne oddychanie może któregoś dnia uratować naszemu dziecku życie. Blog Dzieciakiratuja.blogspot.com jest właśnie o tym.

Katarzyna Klepacz, autorka "Dzieciaków..." przedstawia się na swoim blogu jako Matka Ratownik i dodaje: żona ratownika, matka dwójki dzieci. Pracuje w straży pożarnej, prowadzi szkolenia z pierwszej pomocy: nie tylko dla ratowników, ale też dla dzieci w przedszkolach i szkołach. Pisze rzadko, nawet nie zawsze raz na tydzień. Ale i tak zaglądam na jej bloga regularnie i uważam, że jej notki nadają się nie tylko do czytania, ale do wykucia na blachę. Nawet jeśli nigdy (i oby tak było!) nie miałyby mi się przydać.

W pojemnym worku blogów parentingowych, Twój blog zajmuje zupełnie oddzielne miejsce.

Tak, wśród blogów pisanych przez rodziców mój blog jest zupełnie inny głównie dlatego, że zupełnie nie dotyczy mojej sfery domowej.

Trochę chyba jednak dotyczy, bo bohaterkami bloga  – a nawet można powiedzieć: współtwórczyniami – są Twoje córeczki.

Rzeczywiście, gdyby nie one, bloga by pewnie nie było. Wszystko zaczęło się od tego, że pewnego dnia, kiedy Zuzia miała 4 lata a Amelka 2, zabrałam je ze sobą na szkolenie z pierwszej pomocy, które miałam prowadzić dla Grupy Ratownictwa PCK Ostrowiec Świętokrzyski. One w domu nieraz widziały sprzęt do nauki ratowania, często dopytywały: "Mamo, a co to?", "Mamo, a po co", "Mamo, a pokaż" i rzeczywiście ja i mój mąż, który też jest ratownikiem medycznym, pokazywaliśmy im nieraz, jak się ratuje człowieka. Nie uczyliśmy ich tego jakoś specjalnie, ale na tamtych zajęciach, gdy moja starsza córka zobaczyła, że wyjmuję fantom do nauki resuscytacji, podeszła do niego, położyła rączki dokładnie na środku klatki piersiowej, popatrzyła na mnie i zapytała, czy dobrze. Sama byłam tym bardzo zaskoczona, a co dopiero reszta uczestników szkolenia!

I co było dalej?

Zdjęcie Zuzi, która układa rączki na fantomie, wrzuciłam na mojego Facebooka, i dodałam do niego komentarz, że skoro czteroletnie dziecko umie bez większego przygotowania prawidłowo ułożyć rączki, to każdy dorosły też to umie. Dostałam na to mnóstwo pozytywnych odpowiedzi od znajomych: że to jest ekstra sprawa, że powinniśmy uczyć dzieci, a moje dwie koleżanki namówiły mnie do pisania bloga. Chciałabym poprzez bloga przekazać dwie rzeczy. Pierwszą że udzielanie pierwszej pomocy naprawdę nie jest trudne i skomplikowane. Drugą – że warto, a nawet trzeba, uczyć tego już kilkuletnie dzieci.

Nadal stykasz się tylko z pozytywnymi komentarzami?

Większość osób bardzo pozytywnie odbiera to, co robimy – ale nie wszyscy. Czasem dostaję – i bardzo mnie to dziwi – bardzo negatywne komentarze. Kasuję je, bo wychodzę z założenia, że jeśli ktoś obraża mnie i moją rodzinę, to dyskusja z nim nie ma większego sensu. Ja bardzo lubię dyskutować, ale wtedy, gdy rozmowa toczy się na poziomie merytorycznych argumentów. Pisanie, że jestem nienormalna, bo uczę czy też "zmuszam" dzieci udzielania pierwszej pomocy to już nie jest zdrowa krytyka, która mogła by przynieść nam wszystkim korzyść, tylko hejtowanie dla samego hejtowania. Najczęściej ci, którzy hejtują, nie mają bladego pojęcia na czym polega edukowanie dzieci. To jest wszystko to nauka przez zabawę, nic drastycznego. Poza tym dzieciaki o wiele chętniej niż dorośli uczestniczą w tego typu zajęciach i o wiele mniej się boją.

Bo dorośli się boją bardzo, prawda? Czego właściwie?

Na przykład rodzice boją się tego, że jak zaczną uciskać klatkę piersiową dziecku to połamią mu żebra. Tymczasem po pierwsze: dziecku jest o wiele trudniej połamać żebra niż osobie dorosłej, ze względu na inną budowę ciała. Zdarza się, oczywiście, że się zdarza, nawet najlepszym ratownikom medycznym, że podczas resuscytacji pęknie żebro. Po drugie jednak, pamiętajmy: jeżeli zachodzi potrzeba uciskania klatki piersiowej, to jesteśmy w sytuacji ratowania życia! Jeśli nawet złamiemy ratowanemu człowiekowi żebro, to na pewno nie zrobimy mu większej krzywdy niż wtedy, gdy nie będziemy robić kompletnie nic. Jeżeli człowiek, mały czy duży, nie oddycha, to po 4 minutach w jego mózgu zajdą już nieodwracalne zmiany. Złamane żebro nie jest żadnym błędem w sztuce.

Pomaganie jest proste! – czytaj felieton Katarzyny Kopacz specjalnie dla Babyonline.pl

Ogólnie mówiąc nasze społeczeństwo nie tylko się boi, ale do tego nie umie udzielać pierwszej pomocy. I często nie chcemy się uczyć, bo wydaje się nam, że ta wiedza nam się nie przyda. Tymczasem powinniśmy nie tylko przynajmniej raz w życiu przejść kurs pierwszej pomocy, ale odnawiać go co dwa lata, tym bardziej, że jest mnóstwo darmowych kursów. Ale żeby aż tak nie narzekać, to tylko powiem, że bardzo mi się podoba, że coraz częściej zajęcia z pierwszej pomocy pojawiają się na kursach szkoły rodzenia.

Dlaczego właśnie tam?

Bo wszystkie podręczniki i statystyki jasno wskazują na to, że dzieci najczęściej wypadkom ulegają we własnym domu! I jasne, możemy zrobić z domu twierdzę, ale to nic nie da. Sama jestem mamą dwóch rozbrykanych dziewczynek i wiem dobrze, że w każdym domu do tych wypadków będzie dochodziło. Nawet jeśli tysiąc razy prosimy: "nie skacz, uważaj", to i tak to będzie bezskuteczne. Mnie wystarczyło wejść do kuchni, żeby odgrzać dziewczynkom zupę, no i: "Mamo, uderzył mnie kaloryfer!" – musiałyśmy jechać do szpitala, potrzebne było szycie głowy. Takie rzeczy się zdarzają i my, rodzice, musimy wiedzieć, jak w takich sytuacjach reagować Bo najgorsze, co może być, to płaczące dziecko i płacząca rozhisteryzowana mama czy babcia, które swoją histerią jeszcze podkręcają atmosferę i pokazują dziecku, że coś się dzieje tutaj strasznego.

Ja rozumiem, że można poznać technikę, ale czy tego opanowania też możemy się wyuczyć?

Na pewno o wiele łatwiej udziela się pierwszej pomocy osobie, której się nie zna. Na pewno o wiele łatwiej udziela się pomocy osobie dorosłej. Zawsze będziemy w pewnym stopniu panikować, jeżeli będzie chodziło o nasze dziecko. Ale mimo tej paniki musimy zadziałać. Pamiętajmy, że każdy z nas, będąc świadkiem wypadku, jest zobowiązany do udzielania pomocy poszkodowanym.

O wiele bardziej będziemy się bać, jeżeli nie będziemy wiedzieli jak pomóc. Bardzo często słyszy się, że dyspozytor pogotowia czy strażak uratował życie przez telefon. To są prawdziwe historie. Jeżeli posłuchamy takiego przeszkolonego strażaka przez telefon, to dzięki jego instrukcjom jesteśmy w stanie pomóc. Tylko znowu – musimy być opanowani przynajmniej na tyle, żeby słuchać, co inni do nas mówią.

Posłuchaj: Reanimacja przez telefon – Dyspozytor pogotowia ratował niemowlę.

separator
Wyślij e-mailem
separator separator
Komentarze (0)
avatar
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?