Babyonline.pl
 
 
Gry
Rozwiń menu

Idzie matka na zebranie do przedszkola i jęczy

| aktualizacja: 08.09.2016 | 3

Ta matka to ja. Zgrzytam zębami na autorytety, przewracam oczami, gdy słyszę pomysły rodziców, ponaglam w myślach nauczycieli. Przejdźmy do konkretów, chcę do domu! Nie przedłużajcie! Pomocy! Ratunku!

separator
Wyślij e-mailem
separator
Oceń :
(3)
zebranie w szkole
fot. Fotolia
Zawsze wyobrażałam sobie siebie jako zaangażowaną matkę-społecznicę, która będzie rewolucjonizować polskie szkoły i przedszkola. Wyskakiwałabym z nowatorskimi pomysłami, działała w radzie rodziców, wydreptywała ścieżki do gabinetów dyrektorskich, podsuwała genialne pomysły na ulepszenie polskiego systemu oświaty, wzbogacenie czasu, który dzieci spędzają w placówce, zarażałabym swym entuzjazmem inne matki i ojców, a moje dzieci rozpierałaby duma na widok mojego zapału i determinacji, by uczynić ich doświadczenie (przed)szkolne najlepszym i najciekawszym z możliwych. I co...? Nic z tego! 

Wszystko rozbiło się o moje nieuświadomione 3 cechy osobowościowe. Czyżby człowiek rzeczywiście przez całe życie dowiadywał się prawdy na swój temat? Naprawdę nie wiem. Wiem za to, dzięki przedszkolu i szkole, że jestem aspołeczna, niecierpliwa i boję się autorytetów. No świetnie, naprawdę!

Wywiadówki i zebrania rodziców

Nie znoszę zebrań. Wszelkich zgromadzeń, spędów wspólnoty mieszkaniowej, burz mózgów, form kultu, żadnej formy spotkań, która nie ma charakteru towarzyskiego. Najbardziej na świecie nie lubię jednak zebrań rodziców w placówkach edukacyjnych – nieważne, czy chodzi o przedszkole, czy o szkołę. Zebrania rady rodziców też nie dla mnie (wiem, bo mimo wszystko próbowałam!). 

Dlaczego?

Bo lubię konkrety. Krótkie przedstawienie informacji: punkt a, b i c. Dziękuję, do widzenia, widzimy się za pół roku. Męczę się okrutnie, kiedy najprostsza decyzja podejmowana jest przez pół godziny.

Kolejna sprawa to pomysły niektórych rodziców: ich entuzjazm też jest dla mnie męczący. Te wszystkie rewolucyjne koncepcje: a to więcej zadań domowych, a to ich brak, a to wycieczki do zoo, a to rejs dookoła świata. Monitoring w przedszkolu, domofony w szkole, żadnych bajek w TV w świetlicy, a może jednak więcej bajek, niech spędzają dużo czasu na dworze, niech tyle nie wychodzą, bo potem chore...

Szkolne autorytety – to nie dla mnie!

Wyłożyłam się też na kontaktach z nauczycielami i wychowawcami przedszkolnymi. W dzieciństwie wpajano mi, że starszym należy się szacunek, nauczycielom się nie pyskuje, a dyrektorom to już w ogóle schodzi z drogi. Kiedy więc moje starsze dziecko poszło do przedszkola, a dwa lata później młodsze podążyło w jego ślady, okazało się, że nauki z dzieciństwa stanowią poważny problem w realizacji mojej wizji matki walczącej o ulepszenie polskiego systemu oświaty. Mając już duuuuużo lat, nadal mam problem z postawieniem się komuś, kto dzierży władzę i jest starszy (nawet jeśli metrykalnie nie jest, ale przecież nauczyciel zawsze jest jakby "starszy", prawda?).

Walczę z tym. Kiedy więc moje dziecię spotyka rażąca krzywda ze strony opiekuna (jak klapsy od nauczycielki – sic!), stawiam się do pionu, przepraszam w myślach własną mamę i ruszam do boju. Nie spodziewajcie się jednak po mnie żadnych sugestii typu: "a może Pani metody nauczania są złe? A ten system kar i nagród to do niczego jest!". Nie, nie potrafię. Mruczę więc pod nosem, krew się we mnie gotuje, obsmarowuję przed przyjaciółkami, ale słowa nie powiem. I jest mi z tym źle. Dziękuję Ci, mamo (tak, moje dzieci też mi za niejedno "podziękują", jestem tego pewna!).

Integracja z rodzicami

I w ten oto sposób dochodzimy do punktu trzeciego, ostatniej zadziwiającej lekcji o sobie, której udzieliło mi matkowanie dzieciom uczęszczającym do placówek edukacyjnych. Nie czuję potrzeby integrowania się z rodzicami kolegów i koleżanek moich dzieci. Oczywiście, z jednostkami się zaznajamiam, a nawet zaprzyjaźniam, ale nie mogę się zmusić do narzuconego mi z góry przymusu zaprzyjaciółkowania się ze wszystkimi rodzicami.

Wystarczą mi kurtuazyjne powitania i pożegnania w szatniach, nie lubię niezobowiązujących pogaduszek dorosłych na kinderbalach, piknikach i zbiorowym obieraniu warzyw – nigdy nie mam nic do powiedzenia, silę się na naturalność, a tymczasem w mojej głowie gonitwa myśli: jak to powiedzieć, co powiedzieć, czemu nie mogę być teraz w domu, z bliskimi? Wiem, że wielu rodziców lubi te spotkania i pogaduszki. Szanuję to, zazdroszczę nawet, ale to po prostu nie jest moja bajka. Cierpię na ciągły deficyt czasu, który mogłabym spędzać z tymi, których kocham i znam.

Mimo niechęci do zebrań, chadzam na nie z religijną sumiennością. Lubię wiedzieć, co się dzieje w życiu moich dzieci. Żywo interesują mnie ich postępy i problemy. Gdyby tylko można to było jakoś krócej załatwiać i skupiać się na konkretach! Takie spotkanie sam na sam z nauczycielem, żeby omówić postępy i problemy dziecka – to jest w porządku. Lubię, nie narzekam. Czy wśród was jest ktokolwiek, kto ma podobnie?

Zobacz też:
separator
Wyślij e-mailem
separator separator
Komentarze (3)
avatar

~j~
~j~ | 2017-09-17 12:22 Zgłoś komentarzZgłoś komentarz do moderacji

Zgadzam się i podpisuje pod całością rękami i nogami! Dodam jeszcze, że oprócz bycia rodzicem dzieci - jedno w szkole, drugie w przedszkolu, trzecie niedługo będzie w żłobku, jestem też nauczycielką w przedszkolu i tam także stosuję zasadę "krótko, zwięźle i na temat". W odróżnieniu od zebrań prowadzonych przez moje koleżanki, które potrafią siedzieć z rodzicami i 2,5 godziny, moje zebrania trwają średnio 20 minut. Jeśli "urodzi" się na nim jakiś problem, to góra pół godziny... Szanuję czas swój i czas innych rodziców, dlatego cierpię katusze na zebraniach w placówkach, do których uczęszczają moje dzieci. Nadmiar zbędnych informacji, czytanie rodzicom podstawy programowej, milion pytań rodziców na mało ważne tematy to niestety standard. Podobnie jak autorka tekstu jestem zwolenniczką indywidualnego kontaktu z nauczycielem. Może wymaga to większego zaangażowania od nauczyciela, ale sprzyja indywidualnemu podejściu do dziecka, a o to nam przecież wszystkim chodzi...

Odpowiedz

Memka
Memka | 2017-03-08 12:21 Zgłoś komentarzZgłoś komentarz do moderacji

Kobieto, z ust mi to wyjęłaś! Kiedy byłam młodsza, myślałam że będę uwielbiała zebrania kiedy już będę po stronie rodzica. A tu, ogólne zgromadzenia które niczego nie wnoszą mnie nużą. Całe szczęście w szkole moich dzieci są tylko 10minutowe zebrania jeden na jeden z nauczycielem, a te dla wszystkich o wszystkim są nieobowiązkowe. To samo mam z autorytetami. No za grzeczne jesteśmy i potem nam to uszami wychodzi... Cieszę się że nie jestem w tym sama, pozdrawiam

Odpowiedz

Ines
Ines | 2016-09-09 23:06 Zgłoś komentarzZgłoś komentarz do moderacji

Jakbym o sobie czytała :) Z każdego zebrania wracam z potwornym bólem głowy. W przedszkolu spotkania integracyjne doprowadzały mnie do rozpaczy, dopóki nie znalazłam sobie podobnych rodziców. Teraz mam kumulację. Starsza ma zebrania w szkole co miesiąc, mała zaczęła przedszkole więc szykuje się powtórka z rozrywki. Najgorsze są te słodkie mamcie, których ciągłe ochy i achy wywołują u mnie mdłości. Na korytarzu narzekają a gdy wejdą do sali, wychwalają wszystko pod niebiosa. I te ich pomysły... Lubię konkrety i odnoszę wrażenie, iż ci ludzie nie mają co robić z czasem. O czym można debatować co miesiąc przez minimum godzinę? W innych placówkach trzy spotkania na rok wystarczą. Także niech moc będzie z nami :D

Odpowiedz
X

Logowanie

avatar

Nie masz jeszcze konta ?

Zarejestruj się




Zapomniałeś hasła?